Przeprowadziłem się i chyba częściowo również zaadaptowałem do nowego środowiska. Jest inaczej niż w Nada, gdzie mieszkałem wcześniej. Wspominając z lekkim smutkiem opuszczone okolice, przypomnę szybko, że pierwsza stacja od centrum Kobe w kierunku Osaki to oaza spokoju, która zaledwie 12 lat temu była jeszcze kupą gruzu. Dzięki ekspresowej odbudowie miasta po pamiętnym trzęsieniu ziemi, Nada stała się piękną dzielnicą, w znacznej części składającą się z nowych, wytrzymałych na kataklizmy konstrukcji. Pięć minut do morza, dziesięć minut w góry, bloki mieszkalne, jedno duże centrum handlowe, kilka supermarketów… no i oczywiście akademik dla studentów z zagranicy. Mnie najbardziej urzekło niezwykłe położenie – niewiele jest miejsc, gdzie pieszy, popijając jedną puszkę „Coli”
może odwiedzić tego samego wieczoru spokojny brzeg zatoki* i punkt widokowy u podnóża góry**.
Przeczytaj resztę wpisu »
|
Zastanawiałem się ostatnio, co jest ikoną Kobe – co mamy tu takiego, czego nigdzie indziej nie ma? Co nadaje charakter wizerunkowi tego pięknego i dość nietypowego miasta? Postanowiłem pominąć moją skromną osobę i skupić się na bardziej przyziemnych rzeczach Moje spokojne życie w Japonii zmieniło się dość znacznie kilkanaście dni temu – nie zgłębiając zbytnio przyczyn, powiem tylko, że postanowiłem się przeprowadzić. Brzmi prozaicznie, ale uwierzcie, w momencie podejmowania decyzji zapowiadało się to jak podróż na księżyc (mając do dyspozycji jedynie stary rower…). Chyba każda obecna tu osoba lubi wyzwania i po cichu marzy, by kiedyś (jeszcze) wyważyć kopniakiem zamknięte przez życie drzwi. Ja, mając za wzór takie wielkie figury, jak Tomek Wilmowski i Pan Tomasz „Samochodzik” krzyknąłem „naprzód przygodo” i otrząsając się z dotychczasowego, wygodnickiego, japońskiego życia ruszyłem przed siebie. Nie wiem gdzie, ale podobno mamy w Kobe zimę. Informacje te wyczytałem z biurkowego kalendarza. Bardzo to jest ciekawe, bo poza datą naprawdę mało co o tym świadczy. Raz czy dwa temperatura spadła do trzech stopni Celsjusza, ale jak dla mnie, to nadal polska jesień. Większość dni da się przechodzić w bluzie i polarze (goreteksu zacząłem używać ostatnio, bo dużo deszczu). Gdy mówię ludziom, że jestem z Polski, pytają mnie, czy „w Polsce to jest bardzo zimno i niedźwiedzie biegają po ulicach?”. Pomijając niejasne zoologiczne insynuacje, przytakuję: mamy zero, mamy śnieg (albo chociaż dużo zimnego błota) i generalnie zupełnie inaczej to wygląda. Z okazji nieaktualnych już świąt i nadchodzącego Nowego Roku życzę wszystkim czytającym ten lekko zdechły blog - wszystkiego najlepszego. Przy okazji, krótka historia z prezentem na koniec. Od jakiegoś czasu nosiliśmy się z kolegami z zamiarem odwiedzenia salonu z purikura. Purikura to różowa rozrywka dla małych różowych dziewczynek, kawaii, słodusi i ciup ciup… Sami widzicie, że nie da się o tym normalnie pisać, bo zaraz człowieka ogarnia boleśnie słodki nastrój. No ale dobrze, spróbujmy jeszcze raz. “P”, to taka “rozrywka” dla dziewcząt i chłopców (z zastrzeżeniem, iż są to ci japońscy panowie, których od płci pięknej odróżnić nie sposób). Wygląda jak salon z automatami do gier, tylko zamiast normalnych, rozwijających młodzież gier (np. strzelanie z karabinu do ludzi) odnajdziemy tu “wyczesane” automaty do wykonywania ekspresowych zdjęć. |
Wykorzystywanie ich bez zgody i wiedzy autora jest zabronione.


Wpisy (RSS)