Wydarzyła się rzecz, która, podobnie jak pepsi o smaku fasolowym, jest trudna do zaakceptowania przez umysł, przynajmniej w tej rzeczywistości, w której na co dzień operuję. Po zakończeniu zajęć na uczelni pojechałem do centrum (Sannomiya), by załatwić sobie nowy telefon. Od starego odpadło parę części, więc pomyślałem, że najwyższy już czas.

W sklepie Softbanku podszedłem od kasy i po krótkiej rozmowie oraz sprawdzeniu, czy mam wszystkie potrzebne dokumenty, pani podała mi numerek i skierowała do poczekalni. Z torby wyjąłem zakupioną wcześniej, słynną bułkę z parówką lokalnej piekarni Isuzu, a już chwilę później zostałem poproszony, by dopełnić wszelkie formalności i podpisać papiery. „Teraz jeszcze tylko proszę pokazać jakiś dokument ze zdjęciem i możemy sfinalizować transakcję”. I tu pojawił się problem, bo mój portfel, który miałem przy wejściu do sklepu (wyjmowałem z niego dokumenty)… zniknął. Daję słowo, że wsadziłem go do kieszeni kurtki. Może wypadł? Na pewno jest gdzieś na podłodze w sklepie.

Z całą załogą ruszyliśmy na poszukiwania (te 20 metrów kwadratowych to nie jest dużo, a było nas z 8 osób) – bezskutecznie. Wyrzuciłem wszystko z kieszeni, opróżniłem torbę, przeszukałem wszystko – nic. W głowie włączył się Polak i zrobiło mi się gorąco – ktoś mi ukradł portfel! Gdy siedziałem w poczekalni, musiał mi wypaść z kieszeni i ktoś go… zabrał? Coś tu nie pasuje – to przecież Japonia. Szanse na to, że ktoś zabierze portfel, który wypadł z kieszeni, są niemal takie, jak wygrana w totka.

Nie mogę znieść wyrazu malującego się na twarzach obsługi – jedynie chłopak, który ze mną wypełniał dokumenty, zdaje się rozumieć, co czuję i wygląda na zmartwionego. Reszta swoimi wielkimi oczami patrzy na mnie, jakbym za chwilę miał im wyjaśnić, o co chodzi – jak szczeniak, który pierwszy raz dostał klapsa. Puste i bez emocji, a jednak myślące ciężko nad tym, co się właściwie stało. Kto był w Japonii, ten wie – mina typu „E?!”. Krew się we mnie gotuje, ale powtarzam sobie, że to nie jest niczyja wina.

Zadzwoniłem do banków, żeby zablokować karty. Chłopak z obsługi napisał dla mnie specjalną notkę wyjaśniającą, co się stało, po czym przypiął do niej swoją wizytówkę i poinstruował, jak mogę dojść na najbliższy komisariat. Gdy wychodziłem ze sklepu, nikt nie krzyknął „Arigato gozaimashita!”.

Na komisariacie, który jest chyba najobskurniejszym budynkiem w centrum (!), przyjęto mnie profesjonalnie. Przez godzinę opisywałem, co się stało i wypytano mnie o wszystkie szczegóły, które pamiętam odnośnie całej sytuacji. Niezła lekcja japońskiego. Policjant, który ze mną rozmawiał, podane informacje spisał w raport, po czym wręczył karteczkę z zapisanym numerem sprawy i podziękował za przyjście. Spytałem, czy w ogóle uważa, że są jakieś szanse na znalezienie mojego portfela – czy w ogóle coś takiego jest możliwe. Powiedział tylko, że będą się starać. Sam nie wiem, czego w swej naiwności się spodziewałem. Gdy wracałem do domu, wiał wiatr i było zimno.

W portfelu znajdowały się: dowód osobisty, karta gaijina (gaikokujintorokushomesho), karta kredytowa visa, karta bankomatowa SMBC, karta bankomatowa JP Post, karta bankomatowa Citibank, legitymacja studencka, karty członkowskie (których w Japonii dostaję się od groma), zdjęcia legitymacyjne, różne pamiątki, trochę jenów, dużo euro i pięć nepalskich rupii (o dużej wartości sentymentalnej). Wprost wspaniale – teraz jakiś japoński głupek (małe szanse, że był to złodziej z zawodu, raczej chodzi o przypadkowy brak szacunku dla cudzej własności) będzie to oglądał swoimi głupimi oczami, zastanawiając się, co to jest Polska, a potem gdy już weźmie pieniądze, wyrzuci wszystkie moje cenne rzeczy do kosza. Koniec.

Pozostaw odpowiedź

Musisz być zalogowany, by móc komentować. Zaloguj się »

Wszystkie materiały znajdujące się na tej stronie objęte są prawami autorskimi.
Wykorzystywanie ich bez zgody i wiedzy autora jest zabronione.