Zanim zdążyłem się porządnie rozbudzić, lądowaliśmy już na lotnisku Gimpo. Po odebraniu bagażu zakupiliśmy w znajdującej się na lotnisku kafeterii rolki Kimbap. Jest to dość popularna przekąska, a sklepów, które się w niej specjalizują, jest mnóstwo. Nie wybaczę sobie, jeśli nie wychwalę tego przysmaku – można by to nazwać koreańskim sushi onigiri, ale pewnie wielu Koreańczyków mogłoby się o to obrazić. Koreańska rolka jest zazwyczaj grubsza, dłuższa i co najważniejsze – o wiele tańsza niż jej japoński odpowiednik.
Do wyboru jest wiele rodzajów, które różnią się zazwyczaj wkładką (czasem, także ryżem z jakiego rolka jest ulepiona) – składników może być wiele: z kimchi, warzywami, rybą lub krabem itd. Osobiście polecam tę z tuńczykiem, oraz ekstremalną wersję przyprawioną świeżym zielonym chilli.
Będąc jeszcze na lotnisku, zwróciłem uwagę na pewien interesujący szczegół. Otóż ochrona na lotnisku spaceruje z… bronią. Zdziwił mnie ten widok, bo w Japonii najstraszniejsze, co można zobaczyć, to kajdanki, które jako ewentualny powód nocnych koszmarów u dzieci, w telewizji zasłaniane są mozaiką (no serio!). Kim przypomina mi, że oficjalnie jej kraj nadal jest w stanie wojny z Koreą Północną. Jakby się tak zastanowić, to faktycznie, powiedziałbym, że trudno tego nie zauważyć. Wszędzie aż roi się od żołnierzy na przepustkach. Gdzie by się nie udać, zawsze znajdzie się paru przemykających w zasięgu wzroku. Spacerują ze swymi stęsknionymi dziewczętami i noszą winylowe siatki z drobnymi zakupami.
Każdy Koreańczyk musi odbyć obowiązkową dwuletnią służbę wojskową. Nie wiem, jak wojna wpływa na życie codzienne w tym kraju, wiem jednak, że służba robi swoje, jeśli mowa o trendach. Wielu młodych japońskich mężczyzn, podążając za obowiązującymi kanonami piękna, często zmienia swój wygląd aż do granic absurdu. Wydaje mi się, że w Korei tego typu zjawiska nie są aż tak wyraźne, a nawet jeśli, to podczas służby wojskowej wszystko zostaje dokładnie z głowy wypłukane (pomijając bohatera Zimowej sonaty – bo to jakieś hormonalne science fiction).
Wróćmy jednak do Seulu. Opychając się rolkami kimbapu opuściliśmy lotnisko. Kim załatwiła nam nocleg u swojej koleżanki z podstawówki (ach te dawne znajomości), której rodzina mieszka w jednej z najdalszych dzielnic Seulu, położonej w Bundang Ori.
Gdy podróż samolotem z Pusan do stolicy zajęła nam około czterdziestu minut, to już jazda metrem do Ori trwała ponad dwie godziny. Gdy wreszcie wyszliśmy na powierzchnię, była już późna noc. Ciemność, zima, wiatr, dwudziestokilogramowa waliza i brak autobusów, a my jakoś musimy się dostać na osiedle, gdzie mieszka Kim*. Taksówki nie chcą się zatrzymać. Kim twierdzi, że to dlatego, iż nie lubią wozić ludzi z wielkimi bagażami. Na dodatek gdybyśmy powiedzieli, że jedziemy gdzieś blisko, to już zupełnie nas zignorują. Taaak, to brzmi logicznie, widać wiele jeszcze muszę się nauczyć o tym kraju. W końcu udaje nam się zatrzymać taryfę – kierowca wbrew naszym obawom nie protestuje i jest bardzo miły. Podczas dziesięciominutowej jazdy rozmawiał wesoło z Kim, oglądał serial i nie muszę chyba wspominać, że poza tym miał za zadanie prowadzić samochód przy kilkunastostopniowym mrozie. Ten pan generalnie był bardzo wyluzowany, ze względu na późną godzinę (tak to sobie później tłumaczyłem) przepisy drogowe traktował bardzo umownie, skręcał, gdzie chciał i kiedy chciał, ignorował światła i wszelkie znaki drogowe itp. W pewnym momencie zauważyłem, że nawet Kim poczuła się nieswojo. Jazda na szczęście nie trwała długo i wkrótce wysiedliśmy przed kilkunastopiętrowym wieżowcem. Od razu się ożywiliśmy – oto już za kilka chwil znajdziemy się w ciepłym wnętrzu, pośród przyjaciół i jak dobrze pójdzie, przy czymś ciepłym do jedzenia.
W tym momencie postanowiłem wdrożyć inny system nazewnictwa postaci pojawiających się w naszej historii. Za dużo Kimów, a to dopiero początek. Owszem, mógłbym nazywać: Mama Kim, Tata Kim, Kim – w Muminkach to działało dość sprawnie, wydaje mi się jednak, że lepiej będzie używać imion. Informacja pierwsza do zapamiętania: moja towarzyszka podróży – Kim, od tej pory występować będzie pod imieniem Mijin.
Rodzina Kimów zasadniczo składa się z trzech osób – Sumi, czyli ukochana koleżanka Mijin, jeszcze z czasów podstawówki. Z wykształcenia śpiewaczka operowa, z zawodu instruktorka tańca. Jun – mąż Sumi, posiada restaurację w japońskim stylu i z tego też powodu jest tak zapracowany, że rzadko kiedy ma okazję wrócić do domu, by spotkać się z rodziną, a co dopiero z gośćmi. Dain – dziewięcioletnia córka, która jest większa niż niejedna czternastolatka, a na dodatek ćwiczy taekwondo i nie lubi się uczyć. Poza nimi w mieszkaniu stale przebywa również kuzynka Sumi – HaJeong (bodajże). Mieszka razem z rodziną Kimów, ale nikt o niej nic nie wie, co wydało mi się to trochę dziwne i przez chwilę padło nawet podejrzenie, że to ja ją wymyśliłem**. Dla pełnego obrazu domu muszę jeszcze napisać o psie, który jest trzymany w klatce – Tarong, bo tak się zwie, mimo dołujących warunków mieszkaniowych jest bardzo pociesznym psiakiem, który potrafi siedzieć (andzio!), nie-jeść (pokchima! Tarong pokchima!) i jeść (coś co brzmi jak „mul” - ale mul to woda, więc pewnie mi się pomyliło, czekam na propozycje koreanistów na jednosylabowiec oznaczający - „możesz jeść piesku”).
Powitały nas Sumi i Dain. Gdy tylko pozbyliśmy się płaszczy, podano nam zupę – z krainy zimna, jaka panowała wówczas na zewnątrz, wkroczyliśmy w palące czeluście koreańskiej kuchni. Nic tak nie rozgrzewa, jak danie barwione na czerwono za pomocą chilli. Mimo że prawdopodobnie byłem pierwszym obcokrajowcem, który kiedykolwiek pojawił się w tym mieszkaniu, obie gospodynie zachowywały się bardzo otwarcie i naturalnie. Żadnych wywołujących obustronne zażenowanie tekstów, pełen luz i spokój – nawet gdy przychodziło do „prób” mówienia po angielsku (bo tylko tak można nazwać to, co Sumi i Dain wyprawiają z językiem angielskim), nie było chowania się pod stół, co najwyżej walenie mnie po głowie i śmiech, że „jak to nie rozumiesz?”. Człowiek od razu czuje się bardziej wyluzowany, gdy wokół nie rzuca się co chwilę sumimasenem.
Sumi i Mijin zaczęły rozprawiać o starych dobrych czasach, Dain wróciła do swojego pokoju, a ja zacząłem powoli rozpakowywać swoje rzeczy w przydzielonym mi małym pokoju. Dostałem gruby elektryczny materac, koc oraz poduszkę i bez zbędnych ceregieli poszedłem spać ***.
To niesamowite, jak szybko człowiek potrafi zasnąć, gdy ułoży się go na podgrzewanym materacu – nic dziwnego, że Koreańczycy je uwielbiają. W ogóle jeśli mowa o spaniu, to jest tu inaczej niż w Japonii czy Europie. Tatami to raczej niespotykana atrakcja, w domach jest parkiet (w tych lepszych podgrzewany). Wiele osób nie widzi nic złego w spaniu bezpośrednio na podłodze, okrywając się jedynie kocem. Pamiętam historię, jak podczas pierwszej wizyty w Korei (tej, której nie skończyłem opisywać, tak tak), zatrzymawszy się u znajomej rodziny, omal nie wpadłem na śpiącego na podłodze w salonie Pana Lee. Pamiętajcie, że udając się nocą do kuchni po szklankę wody, należy uważać pod nogi! Z tego, co tłumaczyła mi znajoma Koreanka, część ludzi nie toleruje zachodnich łóżek i decyduje się na koreański odpowiednik – niskie i twarde, można by powiedzieć, że taka lekko uniesiona podłoga. Wydaje mi się to dziwne, bo skoro warunki są takie same, jak na podłodze, to po co zagracać sobie pokój?
5 miesięcy później:
No i tak to… Wiele by tu jeszcze pisać, ale jakoś nie mam szczęścia do koreańskich historii. Za każdym razem, gdy zabieram się do pisania, wszystko dookoła wywraca się do góry nogami. Brakuje mi chęci do wszystkiego - bloga w to włączając. Chyba ktoś pytał, czy żyję - potwierdzam, żyję. Nawet więcej - nic mi nie jest. Nie wiem, co będzie dalej (na blogu), pewnie to samo - czyli może tak, a może nie, a najpewniej bez planu i w normach czasowych odpowiednich dla powstawania gór fałdowych.
Pozdrawiam.
Piotr
* Ale nie ta Kim, z którą podróżuję, tylko koleżanka Kim z podstawówki – Kim. Pisałem już, że w Korei jest dużo ludzi, którzy mają na nazwisko Kim?
** Jak człowiek ma pozostać normalnym, skoro nie kwestionuje rzeczywistości?
*** Teraz wytłumaczenie. Wiem, pewnie oczekiwaliście czegoś w stylu - „Rozmyślając o przygodach, jakie przyniesie mi kolejny dzień, powoli zapadłem w sen” albo „Leżąc na porządnie już nagrzanym materacu, powoli odpłynąłem ku krainie Morfeusza (…)”. Tak wygląda moje zapadanie w sen każdego dnia – lecz nie tym razem! Tym razem nie było nic doniosłego, nie było zapadania, odpływania czy rozpływania – bardziej jak scena z ambitnego filmu akcji: „kopniak w drzwi, trwające ułamek sekundy jedno nerwowe spojrzenie, jedna krótka abstrakcyjna myśli i bum… – bohater wyzionął ducha, zanim jego truchło klapnęło na podłogę”. Zdając sobie jednak sprawę, że tego typu dramatyczne opisy nie wpisują się w konwencję, wybrałem wersję „Poszedłem spać”.






Wpisy (RSS)
Zakończenie trochę na zasadzie “byle skończyć” chyba było pisane? Ale i tak miło przeczytać i się dowiedzieć czegoś nowego.
zakończenia brak, wrzuciłem to co wisiało w archiwum.
Jak dobrze znowu go czytać.