Kiedy wysiadłem z taksówki, pomyślałem, że fajnie byłoby mieć na sobie jeszcze jeden sweter. W Kobe przez ostatnie dni na poważnie mamy zimowy klimat. Kilka dni temu, podczas krótkiej wyprawy w góry, udało mi się nawet zobaczyć śnieg – więcej, całą zamieć śnieżną, która może i krótka, ale zawzięcie próbowała uniemożliwić trójce dzielnych Polaków przedostanie się do Arimy (google szukaj – Arima onsen). Na Sannomiya śniegu nie ma, ale jest przynajmniej zimowa temperatura.
Mamy jedenastą wieczór – stoję w tłumie Japończyków przy Hanatokei (Kwiatowy zegar) i za kilkanaście minut wsiądę do autobusu, który rozpocznie moją kolejną podróż do Korei. Gościnnie pojawi się towarzyszka podróży – wybywająca z Japonii do USA koreańska nauczycielka języka japońskiego (proste prawda?) - Kim.
Firmy obsługujące połączenia międzymiastowe często nie mają swoich przystanków. Sytuacja jest więc dla mnie dość niezwykła – o 23.00 w ciemnym zakątku Kobe ustawia się kolejka ludzi. Dziwnie wyglądający młodzian z listą (weźcie poprawkę na to, że to Japonia, jak piszę „dziwny”, to musi być coś mocnego) po kolei odhacza nazwiska wszystkich zgromadzonych. To nie czarnorynkowy handel organami ani próba nielegalnego przedostania się do Chin. Potwierdzamy jedynie rezerwację biletów. Chłopak piskliwym głosem mówi, że mamy „iść tam na drugą stronę, potem skręcić w lewo i na tych pasach zatrzyma się autobus”. No i faktycznie, o 23.15 na przejściu dla pieszych zatrzymuje się kilka autobusów. Chłopak dyryguje tłumem zestresowanych podróżnych. W ekspresowym tempie pakujemy walizy i wsiadamy do odpowiedniego (oby) autobusu. Po kilku chwilach samochody ruszają, miejsce pustoszeje. Dziwnie wyglądający chłopaczyna zakłada swoją magiczną czapkę i powoli odczłapuje w mrok. Harry Potter i jego niepełny peron mogą się schować.
Autobus okazał się bardzo porządny. Znajomi straszyli mnie, że „te nocne” to koszmar dla gajdzinów – ciasne i niewygodne. Tu jednak pełen luksus: wystarczająca ilość miejsca, nawet na moje długaśne nogi, wygodny fotel i łagodna klimatyzacja. Po kilkunastu minutach wszystkie rozmowy milkną, samochód wypełnia mruczenie silnika oraz delikatne odgłosy opuszczanego właśnie miasta. Zamykam oczy i powoli zapadam w sen, trzeba wypocząć, skoro nadarza się okazja. Przed nami jeszcze długa droga.
Budzę się, gdy dojeżdżamy do Fukuoki. Kierowca dziękuje nam za wspólną podróż i zaczyna opróżniać luk bagażowy. Zatrzymaliśmy się przy stacji Fukuoka, gdzie ma swój przystanek shinkansen. Gdybym był większym burżujem, to pewnie wybrałbym się w podróż słynnym superekspresem. Za jego szybkość trzeba niestety zapłacić dość słono, dla biednych studentów lepiej jest więc przespać się w autobusie. W Fukuoka znajduje się jeden z najważniejszych portów na Kyushu - Hakata.
Poza masą firm zajmujących się handlem morskim, znajduje się tu także międzynarodowy terminal pasażerski. Jeśli zatem chcemy szybko przedostać się do Korei (a pewnie i Chiny nie stanowią problemu), jest to dobre miejsce, by złapać prom. Podróżując do Korei, mamy do wyboru kilka opcji. Ciekawy jest szybki wodolot Beetle, któremu pokonanie dystansu z Hakata do Pusan zajmuje jedyne 2h 55min. Miałem już okazję nim podróżować podczas ostatniej wyprawy. Ze względu na ryzyko zderzenia z wielorybem (powaga!) trzeba być cały czas zapiętym w pasy, do tego dochodzą ciągłe przeciążenia i przechyły. Komfort podróży jest więc taki sobie, ale coś za coś. Wracając jeszcze do wielorybów: nie dalej jak rok temu miał miejsce wypadek, w którym „żuczek” nie zdążył wymanewrować wieloryba i doszło do kolizji. O ile dobrze pamiętam, skończyło się (jedynie) na wielu rannych.
Tego dnia niespecjalnie zależało nam na czasie, więc zdecydowaliśmy się na tańszą opcję – prom New Camellia. Płynie sześć godzin, co moim zdaniem jest zupełnie znośne. Odprawa zaczyna się o 10.30, ale drzwi terminalu otwierają się dla podróżnych dopiero o 9.00. Oczekiwanie nie należy do zbyt ekscytujących, a to ze względu na brak jakichkolwiek rozrywek. Nic ciekawego, czym można by się zająć, żadnej godnej uwagi restauracji, jedynie jakiś marnej jakości kombini. Nawet żeby złapać zasięg na komórce, trzeba wyjść na zewnątrz, w okolice przystanku autobusowego. Na szczęście jest: „(…)”, więc nie będziecie musieli czytać, jak bardzo mi się nudziło. (…)
Po odprawie paszportowej przyszedł czas na szybkie zakupy w strefie bezcłowej. Tu ma miejsce ciekawa scena: damska obsługa wszystkich sklepów zbiega się w jednym miejscu, by podziwiać dziecko.
Koreański bobas jest faktycznie uroczy i wcale mu się nie nudzi, gdy osiem kobiet po kolei wykonuje przed nim „tiutiu”. Nie wiem, co jest zabawniejsze – śmiejący się berbeć, czy załoga strefy bezcłowej robiąca głupie miny. Kim dorzuca swoje trzy grosze i możemy wkroczyć na statek. Obsługa sprawnie kieruje nas do właściwych kajut.
Klasa ekonomiczna posiada bardzo fajne, ośmioosobowe pokoje. Wnętrze przestronne, w płytkich wnękach w ścianach znajdują się futony, kołdry i twarde skórzane poduszki (typu kostka). Na wejściu oczywiście genkan z szafką na buty. Duże okna sprawiają, że pokój jest jasny i przyjemny (nie to, co klitki bez okien na promie z Pusan do Osaki). Rejs przyjdzie nam spędzić w towarzystwie: dwóch Koreańczyków, dwóch Koreanek i jednego koreańskiego… bobasa.
Od początku czułem, że z tym panem to się jeszcze spotkamy.
Gdy wybija 12.40, statek zaczyna budzić się do życia. Silniki wprawiają pokład w wibracje, odbijamy od brzegu i wszystko zaczyna się powoli kołysać. Sześciogodzinny rejs postanawiam rozpocząć drzemką, mającą zrekompensować wczesne poranne wstawanie. Dzięki kołysaniu nie będę miał problemów z zapadnięciem w sen…
Ktoś mnie złapał za stopę.
Podnoszę się z posłania – koreański bobas patrzy na mnie ze śmiechem. Jest 16. Poza mną i dzieckiem, trzymającym aktualnie moją nogę, wszyscy w pokoju śpią. Co tu robić? Nie potrafi jeszcze mówić, a nawet gdyby, to nie znam koreańskiego. Trzeba by go czymś zająć. Doskonałą zabawką okazują się słuchawki, ładowarka do telefonu i zasilacz od laptopa – ich kable można wspaniale zaplątać, a potem uderzać wszystkim o podłogę. Uciecha nie z tej ziemi.
Potem nawet prawdziwa zabawka - śpiewająca kaczka nie robi już wrażenia. Pewnie mógłbym wrócić do spania, ale okazało się, że rzepy do spinania kabli i słuchawki są nad wyraz apetyczne. Muszę pilnować, by mały nie próbował ich zjeść. Jakiś czas później budzą się rodzice i ze stoickim spokojem akceptują fakt, że ich dziecko znalazło nowego przyjaciela.
To miłe, bo w Japonii istniałoby duże prawdopodobieństwo lania dla bobasa za przeszkadzanie mi, nie mówiąc już o zażenowaniu rodziców, przepraszaniu za kłopot itd. Za wytrwałość rodzice częstują mnie ciastem.
Później na szczęście budzi się Kim. Jest wniebowzięta towarzystwem dziecka, więc będę mógł chwilę odsapnąć. Wybieram się na niższy pokład, by coś zjeść. Tam niestety, okazuje się, że restauracja i sklep są czynne tylko do 16, a to niedobrze, bo od rana nic nie jadłem. Trzeba będzie jakoś przeczekać do tej 18. Może w walizce Kim znajdzie się jakaś kanapka albo onigiri?
Kwadrans przed osiemnastą z głośników dobiega ogłoszenie, iż niedługo znajdziemy się w Pusan. Ogłoszenie jest wielojęzyczne, ale jedynie koreański jest zrozumiały – angielski jest koszmarny, podobnie jak japoński (może ja się nie znam, ale Kim, jako nauczycielka japońskiego, stanowi wiarygodne źródło informacji). Żegnamy się z bobasem i jego rodzicami, po czym opuszczamy pokład promu New Camellia. W terminalu postanowiliśmy wypożyczyć koreański telefon komórkowy. O ile nie dzwoni się z niego zbyt często, jest to bardzo dobra i tania oferta. Komórka przyda się w wielu sytuacjach, zwłaszcza gdy nie znamy koreańskiego, zawsze można zadzwonić do znajomych, by np. wytłumaczyli taksówkarzowi, gdzie ma jechać.
Gdy wyszliśmy na zewnątrz, po raz kolejny w ciągu tych dwóch dni pomyślałem, że fajnie byłoby mieć na sobie jeszcze jeden sweter. W Pusan wita nas swojskie -10 stopni Celsjusza. No, przynajmniej jeszcze rok temu, to mogłoby wydawać się swojskie. Pobyt w Kobe rozhartowuje ciało - mimo kilku, zdawałoby się dobrze dobranych warstw odzieży jest mi potwornie zimno. Męczarnia nie będzie trwać długo, gdyż powitać ma nas senpai* Kim. Tylko jakoś go nie widać. Przed chwilą dzwonił, że jest już przed terminalem, ale jedyne, co znaleźliśmy na zewnątrz, to mróz i kilku natarczywych taksówkarzy. Szybki telefon wyjaśnia sytuację: senpai przez pomyłkę pojechał na lotnisko. Przyjdzie nam poczekać jeszcze 40 minut. Mam szczerą nadzieję, że się pospieszy, bo również w terminalu wszystkie restauracje są pozamykane, a mnie już kiszki marsza grają.
Ku mojemu zadowoleniu samochód pojawia się już po pół godzinie. Senpai – Hyunsoo jest bardzo ciekawą osobą. Koreańczyk, mówiący perfekt po japońsku (także nauczyciel), zachowujący się względem mnie jak oryginalny przedstawiciel kraju kwitnącej wiśni, wobec Kim zmienia się w rubasznego koreańskiego oppa***. Samochód, którym po nas przyjechał, to na pierwszy rzut oka niczego sobie maszyna. Hyunsoo jest jednak innego zdania i moje komplementy kwituje śmiechem. Zaczyna opowieść, jak strasznym i nieprzewidywalnym gruchotem jest jego auto. W duchu mam nadzieję, że to tylko takie śmichy chichy, a nie poważne gadanie, nie uśmiecha mi się bowiem pchanie grata na mrozie. Wyruszamy do Ulsan, gdzie mieszkają Kim i senpai. Po całym dniu w podróży najwyższy czas na zasłużony relaks. Jeszcze tylko godzina jazdy. Nawet mój żołądek na chwilę przestał protestować, perspektywa wspaniałego posiłku zaczyna się nabierać coraz wyraźniejszych kształtów…
Samochód się popsuł. Świetnie. Gdzieś w połowie trasy, gdy Hyunsoo na chwilę zwolnił, silnik się zakrztusił, zgasł i koniec. Niech to licho porwie, co za pech. Znajdujemy się w jakimś koreańskim lesie. Spychamy samochód na pobocze i senpai dzwoni po pomoc drogową. Jest jeszcze zimniej niż w Pusan. Kim znalazła w bagażniku kilka lodowatych mandarynek, jeśli je trochę ogrzać, powinny się nadawać do jedzenia. Czekamy.
Pomoc drogowa zjawia się po dwudziestu minutach. Koreański dziadzio, który przyjechał na ratunek, gmera pod maską, ale nie udaje mu się zlokalizować problemu od ręki. Swoje podejrzenia kieruje na akumulator. Hyunsoo przyznaje, że jako wielki fan zielonej herbaty, podłączył wcześniej wewnątrz samochodu czajnik elektryczny, by zagotować wodę. Nie wiem, jak to zrobił, ale trzeba pogratulować mu inwencji. Wszyscy, włącznie z pomocnym dziadkiem, pękają ze śmiechu. Gdy samochód zostaje podwieszony na lawecie, ja i Kim siadamy razem z dziadkiem, senpai zostaje przy swoim dzielnym rumaku. W kabinie lawety jest trochę ciasno, ale przynajmniej ciepło. Dziadek ma całkiem niezłe wyposażenie – kilka telefonów komórkowych podłączonych przez jakiś karkołomny rozgałęźnik do gniazda akumulatora (brakuje tylko czajnika i mikrofalówki), do tego GPS, który obecnie był wykorzystywany do oglądania telewizji. Dziwnie się czułem, gdy zamiast patrzeć na drogę, nasz kierowca oglądał program rozrywkowy, i przy co lepszych kawałkach wybuchał gromkim śmiechem. Kim mnie uspokoiła, mówiąc, że w Korei oglądanie tv lub filmów podczas jazdy samochodem jest zupełnie normalne. Wydało mi się to o tyle dziwne, że Koreańczycy w porównaniu do Japończyków jeżdżą bardzo szybko i agresywnie. Gdy tak jechaliśmy z zawrotną prędkością dwudziestu kilometrów na godzinę, pomyślałem sobie, że takiego obrotu sprawy się nie spodziewałem. Ciekawe, jakie jeszcze przygody spotkają nas po drodze.
Po dłużącej się w nieskończoność podróży samochód wylądował wreszcie w warsztacie. Czekając na werdykt co do jego stanu, udaliśmy się do pobliskiej restauracji sangyopsal (zapis zapewne niepoprawny), czyli miejsca, gdzie podaje się mięso z grilla. Jakże wspaniałe zakończenie dzisiejszej głodówki. Wszystkie stoły w koreańskim stylu – ustawione nisko, z prześwitem może 30 cm. W odróżnieniu od japońskiej izakaya, pod stołem nie ma wgłębienia, w które można by opuścić nogi. Siedzi się na drewnianej (czasem pokrytej wykładziną) podłodze, która jest ciepła. Ogrzewanie w podłodze to jeden z wielu genialnych patentów, obecnych w prawie każdym koreańskim domu (i lokalu).
Przy okazji chciałem wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy - sposób siedzenia Koreańczyków różni się od japońskiego. W Japonii mamy seiza, czyli siad w kucki, gdzie stopy znajdują się pod naszym „siedzeniem”. W moim przekonaniu jest to główny powód krzywizny i koślawości wielu japońskich nóg (kto widział, ten wie). Koreańczycy siedzą „po turecku” (nogi skrzyżowane, z kolanami na zewnątrz), z tą lekką różnicą, iż ćwicząc od dziecka, mają wszystkie ścięgna i mięśnie ładnie rozciągnięte, do tego stopnia, że ich stopy nieraz stykają się podeszwami. Koślawego chodzenia na szpilkach w tym kraju raczej nie zobaczymy.
Wracając jednak do restauracji – na środku każdego stołu zamontowany jest grill. W tej akurat wykorzystywano gazową wersję, czasami jednak można trafić na węglową, osmalony dziadek przynosi nam z zaplecza kosz z żarzącym się brykietem. Po odpaleniu nad płomieniem ląduje „patelnia” z otworami (lub rowkami) na skapujący tłuszcz, na niej obsługa rozkłada mięso, warzywa, czasem również mochi (ryżowe „ciasto”/ „klucha”). Patelnia może przybierać najrozmaitsze formy, najciekawszą z tych, jakie do tej pory widziałem, jest bez dyskusji żółw morski (patrz zdjęcie).
Koreańczycy jedzą za pomocą metalowych, płaskich pałeczek i długiej łyżki. Pałeczki, moim zdaniem, nie są zbyt wygodne, bo uwierają w dłoń i trudniej je podnieść ze stołu niż okrągłe lub kwadratowe. Łyżka spełnia swoją łyżkową funkcję znakomicie.
Miłą rzeczą w koreańskich restauracjach są dodatki do dania głównego. Z menu zamawiamy mięso, ale poza tym serwuje się nam masę najróżniejszych specjałów w takiej ilości, jaką jesteśmy w stanie zjeść, oczywiście bezpłatnie. Zwykle jest to standardowy zestaw różnych wariantów narodowej dumy Koreańczyków - kimchi. Podstawowa wersja (i moim zdaniem najlepsza) to kapusta pekińska z chilli oraz kilkoma innymi trudnymi do określenia składkami. Po kilku miesiącach przechowywania w wielkim dzbanie powstaje gorzkawa, kwaśna i nieraz bardzo ostra kiszonka. Zależnie od bazy, np. kapusty, szczypioru, rzodkwi, sposobu kiszenia czy użytych dodatków, kimchi może przybrać wiele form.
Tym razem, poza kilkoma rodzajami kimchi, podano nam: koszyk z liśćmi sałaty, czerwoną ostrą pastę z chilli, świeży czosnek, świeżą słodką paprykę, sałatkę ziemniaczaną, talerzyki z olejem sezamowym i solą, kiszone ostre chilli, kiszone kraby (!) oraz drobno krojony szczypior przyprawiony chilli. Najciekawsze dla oka były oczywiście kiszone kraby. Podczas moich podróży staram się przynajmniej raz spróbować każdego nowego dania, nieważne, jak okropnie by wyglądało i pachniało. Kraby były dość małe, wielkości dłoni, poprzecinane na pół, oczywiście oryginalnie zapakowane w swój pancerz, wyposażone nadal we wszystkie nogi i szczypce. Hyunsoo śpieszy z wyjaśnieniami: kraby kisi się kilka miesięcy, podobnie jak kimchi, po tym czasie nabierają oryginalnego aromatu i nadają się do jedzenia. Senpai prezentuje mi sposób, w jaki należy je jeść: bierzemy połówkę kraba, przykładamy usta do rozcięcia i wysysamy zawartość. Do dzieła. Gdy przykładam kraba do ust, ledwo wytrzymuję. Śmierdzi okrutnie. Wciągam trochę mięsa do ust, smakuje jeszcze gorzej niż pachnie. I konsystencja jakaś dziwna, wcale nie przypomina mięsa, bardziej galaretkę ze zgniłych ryb. Kim mówi, że to dlatego, iż kraby kiszone są na surowo, ich zawartość ma dużo czasu, by ulec wielu paskudnym procesom. Szybko popijam wodą, krabów na dziś mam już dość.
Kelnerka dogląda naszego mięsa, a gdy jest odpowiednio usmażone, za pomocą wielkich nożyc kroi je na drobne kawałki. Smacznego! Sangyopsal je się w bardzo ciekawy sposób. Zaczynamy od liścia sałaty (ewentualnie kapusty lub sezamu?), który układamy na dłoni, następnie wedle preferencji nakładamy dodatki: kimchi, krojony szczypior, czosnek, czerwoną pastę. Mięso traktujemy olejem sezamowym z solą i dokładamy do stosu, całość zwijamy w małą paczuszkę, po czym wkładamy do ust. Jest to bez dyskusji jedno z najlepszych koreańskich dań, jakie jadłem.
Gdy brzuchy napełniają się po brzegi, wracamy do warsztatu. Problemem okazał się nie generator, Hyunsoo więc dalej będzie mógł gotować wodę w czajniku. Niestety, wymiana podzespołu zajmie czas do jutra.
Po ulokowaniu naszych rzeczy w hotelu ruszamy na miasto, w poszukiwaniu miejsca, gdzie można by wypić coś przed snem. Hyunsoo sugeruje małą restaurację, z ustawionymi na zewnątrz akwariami. W zbiornikach pływają wesoło kałamarnice i różnorakie ryby. W innym miejscu leniwe ośmiornice w bezruchu obserwują pozostałych lokatorów swymi bezdusznymi oczyma. Co dziwne, poza lokatorami brak wystroju – Kim śpieszy z wyjaśnieniem, iż właśnie obserwuję tutejsze menu. Najważniejsze, by towar był pierwszej świeżości.
Lokujemy się w małym pomieszczeniu, z dala od innych gości. Zamawiamy shochu – najpopularniejszy koreański alkohol, podawany w charakterystycznych zielonych butelkach. Daje koszmarnego kaca i nie jest zbyt smaczny (tyle charakterystyki wystarczy).
Ale to nie wszystko. Nieważne, że właśnie skończyliśmy sangyopsal, teraz też należy zamówić jakieś dania. I to właśnie podoba mi się w Korei - oni jedzą cały czas! Gotowana kałamarnica, nadziewana miso i atramentem (chodzi o czarną substancję, którą zwierzęta te wypuszczają w razie zagrożenia), okazała się bardzo smaczna.
Czas mijał na ciekawej rozmowie, a gdy alkohol zaczął uderzać do głów, towarzysze postanowili przetestować moje kulinarne postanowienie, iż „wszystkiego, co będę miał okazję zjeść, spróbuję przynajmniej raz”. Wrażliwi czytelnicy są proszeni o przewinięcie następnego akapitu z opisem osobliwego dania…
UWAGA:
Hyunsoo odkrywa, iż jego ulubiona restauracja z kałamarnicami podaje również sannakchi – sashimi z ośmiornicy. „Wiele razy już tu byłem, ale nigdy nie zauważyłem, aby to podawali” dziwi się. Po chwili na naszym stole pojawia się sashimi z ośmiornicy – stos macek pokrojonych w drobne, dwucentymetrowe kawałeczki. Niby nic, ale świeżo ubita ośmiornica ma to do siebie, że choć pokrojona, choć w kawałkach, to nadal się rusza. Trochę zbladłem, gdy zobaczyłem, co wylądowało na stole. Każdy dostał po talerzyku z olejem sezamowym i solą. Hyunsoo zaprasza mnie do spróbowania. Ok, wezmę jakiś kawałek, który już się nie rusza. Próbuję podnieść pałeczkami nieruchomy kąsek, ten jednak, gdy tylko go dotykam, ożywa i zaczyna stawiać opór. Przywiera mackami do talerza i nie chce puścić. To jakiś koszmar. Za pomocą łyżki i pałeczek udaje mi się go wreszcie oderwać. Raz, dwa… ląduje w ustach. Kim sugeruje, by ośmiornicę mocno przeżuć, bo mogłaby się przylepić do przełyku lub w innym niefortunnym miejscu, w efekcie czego mógłbym się zakrztusić na śmierć. Mięso jest bardzo gumiaste, niemal nie do pogryzienia, smaku brak. Jedyne, co się czuje, to olej sezamowy i sól…
Dla żądnych dalszych wrażeń – animacja poklatkowa. Popijam wodą i wracam do gotowanej kałamarnicy. Tamta, mimo iż mniej żywa, bardziej do mnie przemawia.
Kilka butelek shochu później zmęczenie zaczyna dawać się we znaki. Opuszczamy tę oryginalną restaurację i udajemy się na spoczynek. Hotel jest niezbyt ciekawy. Pokoje lekko obskurne, no ale przynajmniej nie trzeba dużo płacić. W Korei bardzo popularne są elektryczne materace/koce, dzięki nim nawet w najmroźniejsze noce nie grozi nam chłód. Klimatyzację zostawiłem wyłączoną, bo koc ułożony pod prześcieradłem już był nagrzany. Może hotel nie najlepszy, ale przynajmniej obsługa uczynna. Po tym jakże ciekawym dniu zasnąłem bardzo szybko…
Kim zapukała rano do mojego pokoju i oznajmiła, że dzisiejszy dzień będę musiał spędzić sam – sugeruje, abym poszwendał się po mieście, podczas gdy ona odwiedzi rodzinę. Wieczorem zaś spotkamy się w okolicach dworca autobusowego, by udać się do Seulu. Wróciłem do spania.
O dwunastej obudził mnie telefon z recepcji. Nie mam pojęcia, co mówili, ale zgadywałem, iż było to przypomnienie, że wkrótce powinienem zwolnić pokój. Recepcjonistka bardzo mocno wierzyła, iż rozumiem po koreańsku i nie reagowała na moje – nie, no, niet, iie, aniyo. Zasugerowałem kartkę i długopis, dzięki czemu wreszcie udało się jej przekazać wysokość opłaty. Mam wrażenie, że Koreańczycy mówią jeszcze gorzej po angielsku niż Japończycy. W Japonii, gdy pytamy o coś po angielsku, w 90% sytuacji, w jakich się do tej pory znalazłem, osoba niezależnie od wieku, jest w stanie wydukać dwa, trzy słowa. Zwykle wystarcza to, by naprowadzić nas na odpowiedź. W Korei wszyscy są święcie przekonani, iż mówię po koreańsku, nie przejmują się moimi tłumaczeniami i kontynuują swoje wywody, jakbym był rodowitym mieszkańcem kimchilandii. Dość jednak o tym, zawsze pozostaje uniwersalny język gestów i stęknięć lub oldschoolowy papier i ołówek.
Na zewnątrz powitał mnie mróz, dalej jakoś mnie to zaskakuje. Dzięki potędze ludzkiej pamięci udało mi się szybko wrócić w okolice restauracji, w której wczoraj jedliśmy. Żywa ośmiornica na śniadanie? Może niekoniecznie, ale co to? Niedaleko widać McDonald’s. Amerykańska wołowina na hormonach będzie lepsza. Po złożeniu zamówienia pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to że Koreańczycy wykorzystują plastikowe kubki na napoje (nie papierowe – trzeba to wyjaśnić). Co za zmyślny naród! Mowa nie tylko o fast foodach, ale o większości restauracji szybkiej obsługi. Po użyciu kubeczki są oczywiście myte, a na koniec lądują jeszcze w szafkach sterylizujących. Ciekawy pomysł na oszczędzenie surowców. Druga rzecz, która naprawdę uderzyła mocno: nie miałem pojęcia, jak gigantyczna jest obecna różnica cen między Japonią a Koreą. W momencie, gdy dane mi było odwiedzić ten kraj, kursy walut były tak pokręcone (wiecie, to ma coś wspólnego z tym, jak go nazwał szanowny pan Bush, „kryzysem większym niż wielki kryzys”), że wartość jena przebijała koreański won blisko dwa razy. Za zestaw z Big Mac płacę tyle, co za jakąś mierną kanapkę w Japonii. To jakiś absurd. Kryzys jeszcze wywróci ten świat do góry nogami, póki co jednak, trzeba korzystać, ile się da. Podróżująca ze mną Kim miała na przykład genialny plan, jak oszczędzić na kosztach transportu do Korei. W Japonii kupiliśmy bilet tylko w jedną stronę – powrotny zaś po stronie koreańskiej. Dzięki różnicy w kursie powrót kosztuje jedynie połowę tego, co przyszłoby zapłacić w Japonii. To by było jednak za proste prawda? Polak na każdym kroku powinien udowadniać, że „da się wycisnąć więcej”. Jako, że mam zamiar wrócić do Korei pewnie jeszcze w tym roku, kupuję „otwarty” bilet w obie strony. Dzięki temu, przez najbliższe dwanaście miesięcy, kiedy tylko pana Piotra najdzie ochota, może wsiąść na statek do Korei, bez przymusu płacenia japońskiej ceny za bilet.
Szwendanie ma to do siebie, że czas płynie bardzo wolno. Nie byłem przygotowany na żadne konkretne zwiedzanie, jedyne, co mogłem robić, to łazić po okolicy bez konkretnego celu, zaglądać w okna wystaw sklepowych, odwiedzać sklepy, a gdy sprzedawca pyta, czy może mi pomóc, odwracać się bez słowa i lustrować przeciwległy zakątek sklepu. Po jakimś czasie trafiłem do wielkiego domu handlowego Hyundai. Korea ma kilka potężnych korporacji, które zajmują się prawie wszystkim, czym można się legalnie zajmować – Samsung, Hyundai, LG i Lotte (mieszkający w Japonii znają tę ostatnią markę, głównie dzięki słodyczom). Ciekawy okazał się ogromny supermarket. W przeciwieństwie do Japonii ustawiana jest tu masa stoisk z promocjami (tak, jak w Polsce, tylko więcej, czyli może jednak nie tak, jak w Polsce). Można jeść wszystko, co człowiek sobie wymyśli - kimchi, pierogi, gulasz, mięso, ryby, kiszone kraby (tym razem małe i w całości), czekolada, ciastka, jogurt, wino, piwo, soki, czipsy. Gdyby akurat kryzys wywrócił świat do góry nogami i moje jeny miały kurs kilograma makulatury, wiem, gdzie można się najeść do syta bez potrzeby płacenia. Dwie rundki po sklepie i obiad tego dnia można sobie darować.
Gdy dochodzi 19, zaczynam się zastanawiać, czy w ogóle wyruszymy tego dnia? Podróż autobusem do Seulu to pewnie coś koło pięciu godzin. Nawet gdybyśmy wyruszyli teraz, to w stolicy będziemy o północy. Wszelkie poruszanie się po mieście będzie utrudnione, bo komunikacja miejska kończy działalność o pierwszej w nocy. Wiad0mość od Kim przychodzi dopiero o dwudziestej: „Przyjdź jak najszybciej przed Hyundai department store”. Nie ma problemu, gnam co sił, na miejscu widzę Kim machającą mi z taksówki: „Szybko bo nie zdążymy”. Taksówkarz, ku mojemu zdziwieniu, nie wiezie nas na dworzec autobusowy, a na lotnisko. „Mamy dziesięć minut do odlotu” - mówi Kim, jakby mnie to miało uspokoić. Nie mam pojęcia, co się wokół mnie dzieje. Kim wyjaśnia powoli: jako, że musiałem czekać na nią cały dzień, postanowiła ufundować nam tę ekspresową podróż do Seulu. Pięć godzin w autobusie zamienimy więc na czterdziestominutowy**** lot. Dla mnie bomba. Będąc jedynym gajdzinem w okolicy, przywykłem, by ludzie za mnie płacili (to podobno dość twardy zwyczaj w Korei). Do odprawy docieramy w ostatnim momencie. Jesteśmy ostatnimi pasażerami i gdy tylko wkraczamy na pokład, drzwi zatrzskują się z sykiem. Trochę ciasno, ale przynajmniej mam miejsce przy oknie. Jakby się tak zastanowić, jest to mój trzeci (świadomy) lot w życiu. Powoli zaczynam przywykać, bez większej ekscytacji wznosimy się w powietrze. Obserwuję znikające w dole miasto. Wygląda jak jakiś dziwny organizm – półprzezroczysty, nieustannie pulsujący, pokrywający wszystko pajęczyną niczym świecąca pleśń. Ciekawe i jakże trafne porównanie. Staram się zapamiętać, by napisać to na blogu. Świecąca pleśń! Czy tym właśnie jest nasza cywilizacja dla ziemi*****? Nadmiar filozoficznych myśli zapędza mnie w sen.
Jak widzicie, dopiero trzy dni podróży, a tu już 26000 znaków (dla zobrazowania – 10 stron A4 czcionką czternastką). Trochę długaśnie się pisze ta relacja, po tak długiej przerwie trudno na nowo złapać rytm. Początkowo myślałem, żeby dać wszystko na jeden raz, ale to może być za dużo, nawet dla mojej rodziny
Inny powód, dla którego obawiałem się podziału – pamiętacie może Koreę (1.0)? Podzieliłem historię i druga część zaginęła gdzieś w trybach mojej pamięci. Tym razem będzie dobrze – reanimujemy blog i nie ma przeproś, wszystko ma być jak należy. Gratuluję drogi, jeśli doczytaliście do końca (zdjęć, przy których można by złapać oddech, nie było zbyt wiele). Do zobaczenia w Seulu, w części drugiej (i oby ostatniej).
* Senpai – oznacza starszego stażem studenta. Jeśli poznamy kogoś na studiach, a osoba ta znajduje się np. rok wyżej od nas, jest naszym senpai**. Jeśli ktoś jest niżej od nas – jest to nasz kohai (a my jesteśmy dla tej osoby senpai). Zależnie od zażyłości, senpai może być jak kochany starszy brat, albo denerwująca osoba, posiadająca urzędowe prawo do strofowania i krytykowania nas na uniwersytecie.
** Część ludzi odmienia japońskie słowa, ale co by nie mówić: „senpajem” brzmi głupio.
*** Oppa (obba) oznacza „starszy brat”. Koreanki często określają tym terminem starszych wiekiem przyjaciół płci męskiej. „Przyjaciół” oznacza „przyjaciół”, a nie „coś więcej”, choć czasem, w początkowej fazie „czegoś więcej” Koreanka nazywa go oppa, a później wymienia to na bardziej poufały termin, np. jyagiya (kochanie), babo (głupek) lub twedzi (świnia) itp. To nie jest aż tak skomplikowane, jak się wydaje.
**** Hm, słownik w Open Office podkreśla to słowo jako błąd, w sugerowanych „poprawnych” wyrazach do wyboru mam: „czterdziestopięciominutowy”, „czterdziestosiedmiominutowy” oraz „dwudziestominutowy”. Mechanika wszechświata potrafi zaskoczyć.
***** Pisałem już, że shochu daje koszmarnego kaca?















Wpisy (RSS)
macka ośmiornicy jest przerażająca
bobas jest kawaii !
Nareszcie coś nowego. Jest kilka literówek. I może na przyszłość nie pisz tak dużo, bo źle się czyta i początkowo człowieka zniechęca.
Nic złego w dużej ilości , lecz by część druga też szybko nadeszła :).
dobrze że znów jest dużo pisania do czytania bo dobrze się czyta
aaa! Pietrek, jak ja Ci zazdroszcze tych osmiornic:)
Tekst na wypasie, jednym tchem pochloniety.
Rewelacja.
Pozdrawiam z niezasniezonego Krakowa!
uuuu za gruboo,korea hmm ciekawe gdzie to w ogole jest? chyba na koncu swiata :DDDD
Extra wpis! oby więcej takich! i równie długich ^^
czytało sie bardzo przyjemnie,
oby więcej takich wpisów ;]
あなた :]
Potrafisz pisać tak, że nawet relacja z restauracji jest fascynująca…
Czekam na kolejny wpis!
Czytałam z zapartym tchem. CUDOWNE !!!!! Wybieram się do Korei w maju (całe 3 tygodnie!!!!!!) z moją „cinguja” więc wszystko przetestuję (hmmm ….. no może te ośmiornice sobie darujemy).
hey…
There are too many my pic.
Where r u?
Fajne, zwłaszcza animacja poklatkowa… smacznego!
no coż ja bym nic niezjadla tam miesnego z powodu posiadanej swiadomosci o katowaniu psow i kotow zanim sobie je zerzra.Proponuje poogladac filmiki o takim czyms albo zdjecia.