Przeprowadziłem się i chyba częściowo również zaadaptowałem do nowego środowiska. Jest inaczej niż w Nada, gdzie mieszkałem wcześniej. Wspominając z lekkim smutkiem opuszczone okolice, przypomnę szybko, że pierwsza stacja od centrum Kobe w kierunku Osaki to oaza spokoju, która zaledwie 12 lat temu była jeszcze kupą gruzu. Dzięki ekspresowej odbudowie miasta po pamiętnym trzęsieniu ziemi, Nada stała się piękną dzielnicą, w znacznej części składającą się z nowych, wytrzymałych na kataklizmy konstrukcji. Pięć minut do morza, dziesięć minut w góry, bloki mieszkalne, jedno duże centrum handlowe, kilka supermarketów… no i oczywiście akademik dla studentów z zagranicy. Mnie najbardziej urzekło niezwykłe położenie – niewiele jest miejsc, gdzie pieszy, popijając jedną puszkę „Coli”
może odwiedzić tego samego wieczoru spokojny brzeg zatoki* i punkt widokowy u podnóża góry**.
Teraz mieszkam w Itayado 板宿 (co znajomi czasem przekręcają na Pitayado, na upartego może oznaczać hotel u Piotra) i mogę powiedzieć, że tu jest bardziej japońsko. Nie jest to już ta idealna dzielnica jak w Nadzie – jest tu całe mnóstwo brzydkich magazynów, a wszystkie wąskie uliczki wyglądają podobnie. Życie toczy się przy jednej zadaszonej uliczce handlowej, gdzie mieszkańcy robią wszystkie potrzebne zakupy. Podstawową rozrywką miejscowych jest pachinko, czyli japońskie automaty na kulki, których nie mogę zrozumieć – podstawową zasadą na pierwszy rzut oka zdaje się być tracenie czasu, zdrowia i przede wszystkim pieniędzy. W Pitayado w liczbie większej niż gdzie indziej występują panowie o ponurych twarzach (to pewnie związane z natężeniem pachinko i magazynami), jest też znacznie więcej wielbicieli motocykli, którzy lubią prezentować wady tłumika późną nocą (niech ich licho porwie). Z rana zwykli mieszkańcy biegną do pracy lub szkoły, wieczorem wracają i zamykają się w domach. Czasem tylko małe grupki podpitych pracowników firm tułają się od jednego Yakitori do drugiego, szukając wolnego miejsca. Itayado to taka „szara nuda”. Szukając jednak pozytywnych aspektów mieszkania tutaj, trzeba przyznać, że jest to ciekawa odmiana po lekkim letargu w Nadzie i doskonała okazja na podpatrywanie japońskiej „szarej” codzienności. Tyle jeśli chodzi o wstęp do historii, którą mam zamiar dziś opisać.
Itayado położone jest w Suma-ku. Nazwa tej dzielnicy bierze się od największej i jedynej „porządnej” (tzn. czasem nie jest aż tak brudno, że strach wejść do wody) plaży w Kobe – Suma, do której, o ile mam taki kaprys, mogę się dostać w przeciągu około siedmiu minut rowerem. Może nie rekompensuje to braku gór z prawdziwego zdarzenia, ale jest dość miłe. Mam przynajmniej miejsce, w które mogę udać się w każdej chwili z aparatem fotograficznym, wiedząc, iż nie będę się nudził, pstykając zdjęcia śmieci lub obrzydliwych morskich stworzeń wyrzuconych na brzeg. Nowa okolica, nowe niezbadane miejsca, rower i aparat – ciekawość, bierze górę nad zdrowym rozsądkiem i przygoda zaczyna się od nowa.
Kiedy w moim kalendarzu dominowały wolne dni, nie mając wiele do roboty jeździłem po 3-5 godzin dziennie na rowerze.*** Z początku spokojnie i ostrożnie zwiedzałem okolicę, ale gdy zyskałem pewność siebie (dodam tylko, że nie mam dużego doświadczenia w jeździe na rowerze), wyruszyłem dalej. Gdy pewnego pięknego dnia jechałem po plaży, nieoczekiwany widok przypomniał mi o miejscu, które tak długo chciałem odwiedzić, ale wszelkie okazje dziwnym sposobem wymykały mi się z rąk. Zostawiłem rower przy stacji i przechodząc po piasku, wszedłem na betonowy pomost wychodzący w morze. Gdy doszedłem do końca, zobaczyłem to upragnione miejsce: ten duży most, o tam gdzieś w oddali, jak mu tam? Akashi-kaikyo bodajże. Aby być dokładnym - zobaczyłem jedynie kawałek przęsła, a resztę idealnie zasłoniła położona nad brzegiem góra, jednak widziałem olbrzymią konstrukcję maślanymi oczami wyobraźni. Akashi-kaikyo, cokolwiek miałoby się wydarzyć, mam zamiar Cię dziś spotkać.
Poruszanie się rowerem po Kobe jest całkiem wygodne, o ile zachowujemy orientację wschód-zachód (lub odwrotnie). Wtedy jest dość płasko i nie musimy pokonywać karkołomnych gór Rokko. Podróż do Akashi (gdzie znajduje się wspomniany most) to około 10 kilometrów brzegiem morza. Ciekawe jest to, że w okolicy Suma kończą się jako takie dzielnice, a dalej leży schodząca prawie bezpośrednio do morza góra. Pomiędzy znajduje się bardzo wąska arteria komunikacyjna, na którą składają się dwie lub trzy linie kolejowe (upakowane jak to tylko potrafią w Japonii) i dwupasmówka.
Mimo tej całej ciasnoty, trasa jest dość malownicza – po lewej wzburzone morze, po prawej pokryte drzewami zbocze góry. Mniej więcej w jednej trzeciej długości trasy znajduje się kolejka linowa, którą można wznieść się na szczyt, by z ciekawszej perspektywy podziwiać architektoniczne osiągnięcie, jakim jest most w Akashi. W okolicy kolejki znajduje się również ciekawy i dość rozległy park z licznymi ścieżkami, które, o ile uda nam się je pokonać, zaprowadzą nas do punktów widokowych.
Moja nagła decyzja o chęci zobaczenia mostu z bliska zapadła tego dnia dość późno, więc nic dziwnego, że zaraz po tym, jak wyruszyłem, zaczęło zmierzchać. Gdy dojechałem do Akashi, było już kompletnie ciemno, ale dzięki temu, wychylająca się czasem zza budynków sylwetka mostu zdradziła ciekawą cechę. Gdzieś w głowach grupy sprawującej pieczę nad projektem, jakim było postawienie najdłuższego na świecie mostu podwieszanego, zaświeciła się lampka… a raczej kilkaset lampek umiejscowionych wzdłuż lin, na których podwieszony jest most.
Z daleka wygląda to jak ozdoba choinkowa przeciągnięta po linach, ale biorąc pod uwagę skalę mostu, każda taka lampka jest pewnie większa od mojej głowy i na minutę zżera więcej energii niż ja marnuję na zasilanie komputera przez miesiąc. Jakby tego było mało, cała ta iluminacja zmienia kolory, wszystko jednak z zachowaniem smaku i stylu, powoli i z ciekawym pomysłem (nie jak tandetna wystawa sklepowa w okolicach Bożego Narodzenia). Główne przęsła posiadają również własną dość intensywną iluminację, która dopełnia interesujący obraz.
Po wykonaniu serii mniej lub bardziej udanych zdjęć (brak statywu nadal daje się we znaki) z odległości, mimo odczuwalnego w dolnych partiach zmęczenia, postanowiłem jechać dalej przed siebie, by dotrzeć do samego celu – dotknąć, powąchać, posmakować tej masy stali i betonu.
Z dystansu most robi wrażenie swoim ogromem, a gdy zbliżamy się do niego, jego wielkość jest nie do opisania. Kolos, gigant, moloch, przy którym człowiek czuje się jak roztocze podziwiające ludzką sylwetkę z poziomu dywanu. To uczucie jest dość intensywne, gdyż most jest zadziwiająco prosty i gładki w swej betonowej konstrukcji.
Wygląda ot jak każdy inny, tyle, że powiększony kilka razy. Gdy dotarłem do miejsca gdzie wchodzi w morze i spojrzałem w górę, zakręciło mi się w głowie. Wysoki! Wielopasmowa jezdnia leży kilkadziesiąt metrów nad poziomem morza, gdzie obecnie się znajdowałem. Same przęsła mają po kilkaset metrów!
Zostawiłem rower przewrócony na trawniku i ostrożnie podszedłem do betonowej ściany. Dotknąłem, ale nic się nie stało. Kamień pozostał zimny, gładki i niewzruszony. Żadnej odpowiedzi ani znaku z jego strony. Moloch był zbyt zajęty trwaniem w niewyobrażalnych naprężeniach, jakie powstają w takich konstrukcjach, by zwracać uwagę na roztocze.
Przypomniałem sobie, jak gdy byłem jeszcze w Polsce przed wyjazdem, ojciec zawołał mnie – w telewizji pokazywali dokument o Kobe i moście, który właśnie w tej chwili macałem. Cała ta telewizja wydała mi się teraz śmieszna i absurdalna, tam wszystko wygląda inaczej – podaje się nam informację, a my ją połykamy bez zastanowienia. Rzeczywistość jest inna, każda liczba składowa tworząca tę konstrukcję jest niesamowita i niemożliwa do ogarnięcia, uderza nas w głowę z impetem tak, że musimy przystanąć. Siadam na trawniku, daję spokój myśleniu, biorę głęboki oddech i… podziwiam.
/* – Szum fal, chłodny wiatr, w powietrzu delikatna woń wodorostów.
/** – Cisza, przepiękna nocna panorama Kobe i … koty.
/*** – Na dowód powiem tylko, że przez miesiąc ubyło mi 6 kilogramów.
Dla zainteresowanych – odsyłacz do Wikipedii. Mimo, iż polska wersja jest dość uboga, to w wersji angielskiej lub japońskiej można znaleźć o wiele więcej informacji i zdjęć mostu.


Wpisy (RSS)
No, nareszcie doczekałem się nowej notki. A już myślałem, że Szanowny Autor zapomniał o swoim blogu lub co gorsza coś mu się stało. Cieszę się, że po tak długiej przerwie nadal piszesz długie i ciekawe notki okraszone dobrymi fotografiami. Ech, jak tak czytam tą notkę, to przypominają mi się moje spacery po Kawasaki rok temu…
Żyję jakoś jeszcze o tym japońskim jedzeniu. Czasem jest jakoś tak, że nie mogę się skupić na pisaniu przez bardzo długi czas ale jak widać to mija… Bardzo przyjemnie się pisze w laboratorium na uczelni. Przynajmniej nikt nie przeszkadza. Dzięki za komentarz.
Pozdrawiam.
No ja też się cieszę, że coś wreszcie napisałeś. Super się to czyta.