Moje spokojne życie w Japonii zmieniło się dość znacznie kilkanaście dni temu – nie zgłębiając zbytnio przyczyn, powiem tylko, że postanowiłem się przeprowadzić. Brzmi prozaicznie, ale uwierzcie, w momencie podejmowania decyzji zapowiadało się to jak podróż na księżyc (mając do dyspozycji jedynie stary rower…). Chyba każda obecna tu osoba lubi wyzwania i po cichu marzy, by kiedyś (jeszcze) wyważyć kopniakiem zamknięte przez życie drzwi. Ja, mając za wzór takie wielkie figury, jak Tomek Wilmowski i Pan Tomasz „Samochodzik” krzyknąłem „naprzód przygodo” i otrząsając się z dotychczasowego, wygodnickiego, japońskiego życia ruszyłem przed siebie.

Do tej pory przyszło mi mieszkać w akademiku Nada – nowym i bardzo dobrze wyposażonym budynku. W przypadku mieszkania w uczelnianych lub należących do pozarządowych organizacji akademikach obowiązuje zasada, iż możemy w takim miejscu mieszkać przez ograniczony czas (rok lub dwa) i tylko jeden raz. Z przysługujących w Nadzie dwóch lat pozostało mi jeszcze czternaście miesięcy wygodnego i beztroskiego życia. Nieoczekiwanie jednak na horyzoncie pojawiła się alternatywa – własne mieszkanie. Wspomnieć muszę również o zmianie mojego statusu. Do tej pory przebywałem w Japonii jako student realizujący projekt badawczy (projektowanie graficzne), ale korzystając z zaoferowanej przez uczelnię możliwości, postanowiłem zdawać na kurs magisterski. Ku mojemu zaskoczeniu udało się to bez większych trudności, w efekcie czego od kwietnia zaczynam prawdziwe studiowanie. Z Nady do mojego uniwersytetu jest około godzina jazdy w jedną stronę i przydałoby się jakoś skrócić ten czas. To był jeden z poważnych argumentów za rozpoczęciem poszukiwań.*

Cel: znaleźć mieszkanie. Pierwsze nieśmiałe próby w internecie nastrajają mnie optymistycznie. Ofert mnóstwo, ale zasadniczą kwestią ograniczającą moje mieszkaniowe zapędy są pieniądze. Zależnie od widzimisię właściciela, przy wyborze należy ponieść różne opłaty. Zwykle mamy tzw. „key money”, czyli zaliczkę (nie znam się na nieruchomościach, więc proszę się nie śmiać z mojego wymyślonego na poczekaniu żargonu) – trzy do nawet dziesięciokrotności miesięcznego czynszu. Cały trik polega na tym, że „key money” ma kilka rodzajów – np. dajemy miłemu panu 20.0000¥, ale gdy się wyprowadzamy, pan oddaje nam 10.0000¥ (no chyba, że poczynimy szkody w mieszkaniu, które zostaną pokryte z tych właśnie pieniędzy), oczywiście są też takie, gdzie pan zabiera pieniądze i tyle je widzieliśmy. Najfajniejsze mieszkania – w dogodnej lokacji lub nowym budynku – mają zwykle nieosiągalne dla studenta zaliczki, ale przy odrobinie samozaparcia można znaleźć coś dobrze wyważonego w kwestii jakość/cena. Pokój w Nadzie ma 18m2, więc postanowiłem zaszaleć i znaleźć coś co najmniej dwukrotnie większego. W internecie można znaleźć prawdziwe perły: 70m2 (nie zapominajcie, że nadal jestem w Japonii), 3 pokoje i kuchnia, łazienka i toaleta osobno, czynsz do przełknięcia… Tylko, że może i owszem, perły są fajne, nie zmienia to jednak faktu, że przyczepione do muszli tkwią gdzieś na dnie morza. Tu podobnie – perełka to zwykle jazda pociągiem do ostatniej stacji na linii, przesiadka w autobus i najpewniej jeszcze godzina piechotą na jakieś zapomniane przez bogów dzielnice. O ile komuś to nie przeszkadza (dwa razy dziennie i tylko nie zapomnijcie wyłączyć żelazka), droga wolna. Zapomnijcie jednak o szybkich wizytach gdziekolwiek.

Internet ma to do siebie, że to, co widzimy na stronie, często nie pokrywa się z rzeczywistością, lub poprzez nasze niedoinformowanie odczytujemy serwowaną treść na opak. Po wizycie w agencji zajmującej się wynajmem mieszkań zostałem sprowadzony na ziemię. Wyszły na jaw inne dodatkowe opłaty – np. dla agencji musimy z góry zapłacić wysokość czynszu wybranego mieszkania. Do tego kupa innych, na szczęście drobnych rzeczy. W ogóle agenci lubią znajdować problemy w ostatniej chwili i oczekiwać od nas cudów w ich rozwiązywaniu, ale o tym później. Po wizycie w agencji okazało się, że to, co wybrałem, nie kosztuje tyle, ile kosztuje (zwykle dwa razy więcej), więc oferty lądują w koszu. Nie pozostaje mi nic innego, niż zwrócić się do agenta z zapytaniem „co dla mnie ma”. ]

Po wypełnieniu krótkiej acz dość skomplikowanej ankiety przystępujemy do poszukiwań. Pan Tanaka wertuje oferty i wyciąga dokładnie jedną. – „Oto pańskie mieszkanie! Dogodna lokacja w dojeździe na uczelnię i do centrum!”. Spokojnie patrzę na ofertę i na mapę – „Ale to wcale nie jest po drodze na uniwersytet, w ogóle dwadzieścia minut pociągiem od centrum i jeszcze trzeba się przesiadać”. Pan Tanaka jest jednak profesjonalistą i dalej przekonuje: „No tak, trochę daleko, ale to i tak bardzo dobra lokacja, bo można dojechać tu i tu. Poza tym dość tanio, jak na warunki postawione przez szanownego klienta. Bardzo dobre, prawda?”. Zaczyna mi się przypominać polski profesjonalizm z naczelną zasadą robienia ludzi w konia, no ale co się dziwić? Już od dawna wiem, że Japonia to (prawie) taki sam kraj jak nasz. – „Nie chcę tego, niech pan znajdzie coś innego”. Tu pojawia się lekka konsternacja u pana Tanaki, prawdopodobnie nie jest przyzwyczajony do klientów stawiających opór. Brnie w swoje, ale gdy zaczynam go ignorować, rezygnuje. – „Mamy jeszcze jedno biuro w rejonie, który pan wskazał jako dogodny do zamieszkania, może oni coś mają” – mówi spokojnie i oddala się, by wykonać telefon. Po chwili wraca z kolejną złotą ofertą, równie podekscytowany jak za pierwszym razem. Co prawda nie zna jeszcze szczegółów, bo dokumentacja jest tam na miejscu, ale „muszę to zobaczyć”. Pan Tanaka koniecznie chce wyruszać teraz i zaraz zawiezie mnie tam swoim samochodem. Udaję, że jestem jeszcze lekko poirytowany, ale z zaciekawieniem wyruszam do drugiego biura.

W drodze zasypuje mnie pytaniami o moje życie w Japonii i dopytuje się, czy na pewno nie będę mieszkał z 50 chińskimi robotnikami w jednym pokoju. Przy okazji prowadzimy rozmowę o rynku nieruchomości w Kobe – dowiaduję się na przykład, że mieszkania, gdzie ktoś umarł lub został przymusowo wysłany na tamten świat, są względnie tanie, ale raczej nie wracają już do obiegu (bo nikt ich nie chce). Gdy zażartowałem, że nie przeszkadzają mi duchy, i że chętnie zamieszkam z Sadako-chan (patrz zdjęcie w pierwszym wpisie na blogu), zaśmiał się dość nerwowo.  Postanowiłem nie drążyć tematu ;)

Gdy dotarliśmy do biura, na stole czekał już stos ofert z najbliższej okolicy. Pan Tanaka tym razem nie stosował już swoich wyuczonych technik psychologicznych i podsunął mi te, które mniej więcej pasowały do mojej ankiety. Oferty posiadają wszystkie informacje, jakich poszukujący potrzebuje: położenie i czas dojazdu do stacji, schemat mieszkania z układem pokoi, zdjęcia z zewnątrz budynku, co wolno, a czego nie (np. zwierzęta: nie, dzieci: nie :D ) i oczywiście co najważniejsze – wszelkie płatności. Fakt, że trzymałem właśnie w rękach moje przyszłe mieszkanie, sprawił, że poczułem się o wiele lepiej po dziwnym zachowaniu pana Tanaki w poprzednim biurze. Ten ku mojemu poirytowaniu po kolei podsuwa mi oferty ze zdjęciami, każdą zachwalając jak tylko może: „Bardzo ładne prawda?” – pyta. Gdy odpowiadam: „No z zewnątrz wygląda ładnie”, obrusza się kwitując: na pewno i wnętrze spełni moje oczekiwania. Ostatecznie wybrałem jedną ofertę – dwupokojowe mieszkanie, oddzielna kuchnia, do tego łazienka, przedpokój i balkon – razem 36 m2. Poza tym, że z góry trzeba zapłacić czynsz za pierwsze kilka miesięcy, brak jakiegokolwiek wpisowego. Położone jest w dogodnej lokacji – 3 minuty piechotą od stacji, dookoła wszystko co potrzeba: bank, poczta, konbini i nawet sklep z grami na konsole ;) Pan Tanaka widząc moje zainteresowanie, proponuje, aby obejrzeć je już teraz.

Po kilkuminutowym spacerze skręcamy w mniejszą uliczkę. Z tego, co widzę, ulokowane są tu głównie budynki mieszkaniowe i małe magazyny na bliżej nieokreślone towary. Moje przyszłe lokum to wąski budynek pokryty z zewnątrz teksturą brudnopiaskowej cegły. Prezentuje się dość dobrze, zadbany i czysty.

Z zewnątrz prezentuje się niczego sobie, nieprwadaż?



Na parterze mała kafejka. Moje przyszłe lokum do wyboru na czwartym lub piątym piętrze. Klatka schodowa trochę straszy – zimny surowy beton, no i brak windy. Momentalnie przed mymi oczami pojawia się kard z niemego filmu: radosna, wygrywana na pianinie melodia, Piotr toczy się w dół schodów, zaraz za nim leci niesiona przed chwilą na plecach pralka. Otrząsam się z tej wizji, przekraczając próg mieszkania.

Zostawiam buty w genkanie. Na wejściu ciasny przedpokój, w którym nie mógłbym się nawet przewrócić (aby tego dokonać, musiałbym otworzyć drzwi do kuchni robiąc, miejsce na moje „od pasa w górę”), na wprost kuchnia, po prawej stronie pokój 6 mat, zaraz za nim kolejny (identycznych rozmiarów).

Tatami, wbudowana szafa, przesuewane drzwi - robi się niebezpiecznie japońsko ;)



Od przedpokoju w lewo wejście do łazienki – część kąpielowa to typowy plastikowy pokoik (prysznic bierzemy, stojąc na zewnątrz wanny, na „podłodze” – jak ktoś lubi takie miejsce, pozwala nam lać wodą we wszystkich kierunkach włącznie z sufitem), ubikacja i część z umywalką oddzielnie – ta część jest idealna, bardzo zgrabnie ktoś to zaplanował.

Plastikowy pokoik - prysznic i wanna.



Pokoje pokryte są tatami, bardzo mi się to spodobało. Dodatkowo wszystko oddzielone przesuwanymi drzwiami, profesjonalnie japońskie klimaty. Jest jeszcze balkon z wieszakami na pranie.

W Japonii gdy wynajmujemy mieszkanie od agencji, dostajemy zwykle cztery ściany, sufit i podłogę. Wszystko, co ma się znaleźć w mieszkaniu, musimy kupić sami, włącznie z lampami pod sufit. Zdziwiłem się więc bardzo, gdy okazało się, że poprzedni lokator zostawił klimatyzację, kuchenkę gazową, lampę i podstawowe meble w kuchni. Znacznie obniża to późniejsze koszta. Decyduję się od razu. „Piszmy umowę” kończę krótką wizytę. Pan Tanaka wniebowzięty.

Papierów jest cała masa i jeszcze trochę. Bez pomocy autochtona nie da rady, no chyba, że ktoś ma skończone studia japonistyczne i mieszkał tu już kilka lat. Głupio przyznać, ale nie wiem, czego dotyczyła nawet połowa dokumentów, które przyszło mi wypełniać. Zaufałem mojej pomocy lingwistycznej i gdy mówiono mi „jest ok, podpisz” – podpisywałem. Gdy przyszedł czas na opłaty, pan Tanaka, znów ku mojemu poirytowaniu, daje upust swemu podnieceniu i koniecznie chce, aby wszystko było jak najszybciej. Udaje mi się do niego przemówić i rozłożyć płatności w czasie. Żegnam pana Tanakę i wracam do akademika.

Przez kolejny tydzień pan Tanaka dzwoni do mnie kilka razy dziennie, zwykle znalazłszy najróżniejsze problemy, oczekiwał mojej natychmiastowej interwencji. Dopiero teraz powiedział mi np., że muszę mieć kogoś z japońskim obywatelstwem, osobę, która będzie za mnie odpowiadać, gdybym zrobił coś złego. Nie rozumiem, jak można zataić (?) wiele ważnych wymagań i dzwonić z nimi w ostatniej chwili, oczekując rozwiązania od zaraz. Nie raz straciłem cierpliwość i zmuszony byłem użyć gorszej części języka japońskiego. Nie byłoby przecież najmniejszego problemu, gdyby poinformować o wszystkim na samym początku i dać czas na przygotowanie wszystkiego co potrzebne. Dzięki dziwnym, panującym tu zasadom, trzeba dzwonić po japońskich znajomych w środku nocy, prosząc o najróżniejsze dziwne rzeczy. Mimo że kilka razy było naprawdę blisko do zerwania umowy, to jednak koniec końców wszystko wyszło tak, jak powinno. Mam nowe mieszkanie.

Przeprowadzka odbywa się naprawdę szybko – wszystkie rzeczy udało mi się przenieść na miejsce, jeżdżąc cały dzień pociągiem w tę i z powrotem z wielką walizą w dłoni. Wszystkie formalności związane z wodą, gazem i elektrycznością załatwia się za pomocą jednego telefonu. Przez kolejny tydzień robię zakupy (meble i wyposażenie) i zaczynam nienawidzić tatami. Nie wiem, czemu Japończycy tego w ogóle używają! Bez przerwy trzeba uważać, by go nie zniszczyć, nie mówiąc już o zabrudzeniu (przy skręcaniu mebli udało mi się już uszkodzić je lekko, ale cicho sza, nikt nie może tego wiedzieć). Na tatami nie wolno kłaść obciążonych punktowo mebli ani nic bardzo ciężkiego (by nie pozostawić odcisków), do tego, niektórzy nie tolerują zapachu, jakie ma świeżo położona mata – trąci sianem. Owszem, fajnie wygląda gdy cały pokój pokryty jest tatami, ale prawda jest taka, że praktycznych zalet nie ma żadnych (poza tym, że oddziela nasze stopy od zimnego betonu). Kupuję ogromną wykładzinę i zapominam o tym pięknym japońskim wynalazku.

Ach ten nicpoń Tanaka - tak robić ludzi w konia! :D


Niedługo po wprowadzeniu dowiaduję się, dlaczego nie było zaliczki na mieszkanie – na pobliskim placu rozpoczyna się właśnie trwająca rok budowa. Wielkie maszyny robią hałas od rana do wieczora. Można się zdenerwować (nie mówiąc już o uczuciach do pana Tanaki, który o takim drobnym fakcie nie raczył poinformować). Na szczęście jednak takie rzeczy mnie zupełnie nie ruszają i problemów ze spaniem nie mam. W końcu przespałem kiedyś trzęsienie ziemi ;)

Trochę przydługi ten wpis, mam nadzieję, że nie zanudziłem. Kolejne mieszkaniowe (i nie tylko) historie już wkrótce. Pozdrawiam z innej już części Kobe.

*/ Znam Japończyków, którzy codziennie dojeżdżają do Kobe z Kioto lub Nary, co przekłada się na 3-4 godziny w pociągu każdego dnia. Pewnie dla nich moje 40 minut to jedno ziewnięcie, ale Ja jestem Polakiem i będę marudził.

14 odpowiedzi na “Mieszkanie”
  1. pl says:

    No cóż… ja każdego dnia tracę co najmniej 2-3 godziny na dojazdy do Warszawy i z powrotem, a mieszkam zaledwie 20 km od Warszawy :-)

    A w szkole trzeba czasem być na 7.25 -_-”

  2. Norek says:

    Niezła historia:)
    Czekam na więcej zdjęć z okna i okolicy.
    No i sklep z grami na konsole^^
    Pozdrawiam i czekamy (wspólnie z Marysią) na kolejne wpisy!

  3. turnal says:

    była już parapetówa ? :)

  4. smorek says:

    no ba… w te dwa pokoje spokojnie wchodzi dwadzieścia kilka osób! :D

  5. whiteneko says:

    Bardzo fajny wpis, i wcale nie za długi. Takie ciekawostki z japońskiego życia jak wynajmowanie mieszkania są nawet ciekawsze niż podróże i zwiedzanie rożnych miejsc.

  6. ELB (& ESTE) says:

    Kurna jak ty fajnie piszesz. Takie niby nudne, zwykle sytuacje dnia codziennego a jak sie fajnie czyta. Oczywiscie Japonia jest dosc egzotyczna zeby bronic sie sama, ale i tak zainspirowales nas do poswiecenia czasem chwili do opisania tego i owego na naszym blogu.

    W koncu tez mialem zabawna “przygode” z przeprowadzka.

    Pozdrawiamy Cie, oh Big One!

  7. smorek says:

    Dzięki za wszystkie komentarze!
    Pozdrawiam czytających z Polski i nie tylko. No i oczywiście Irlandzkie E&E ;)

  8. Kira^-^ says:

    Gratuluje Pita zarówno mieszkania nowego jak i statusu studenta magisterki:D

    Dumna z Ciebie jestem:D

    Ja też czekam na więcej zdjęć!!

    Poza tym rozumiem, że jak w końcu pojawimy się z ekipą w Japonii to będziemy mogli się u Ciebie zatrzymać??;)

    Buzka

  9. Angelika says:

    Podczepiam się pod posta Kiry;p
    Wreszcie! Wreszcie nowy post… Pita, ile można czekać???
    ;]
    Pisz proszę trochę częściej.
    Jeszcze raz: Gratulacje!
    Pozdrowienia

  10. Mlody says:

    Bardzo fajnie piszesz:) Gratuluje bloga!

  11. tokdome says:

    bordzo fajny wpis :)

    i do tego cały blog świetny im więcej czytam tym bardziej chciałbym odwiedzić ten kraj :) i teraz żałuje ze nie próbowałem składać papierów na wymianę studentów…
    bo w sumie japońsiego wcale nie znam a mój angielski to pożal sie borze….

    Gratuluje mieszkania !!!:)

  12. ozu3 says:

    No stary taka historia żywcem wyrwana z mangi lub anime, ale wracając do sedna nie lada przygoda jak na zwykłego polskiego studenta no i zajebiaszczo potrafisz pisac były momenty że ze smiechu się popłakałem np. “Momentalnie przed mymi oczami pojawia się kard z niemego filmu: radosna, wygrywana na pianinie melodia, Piotr toczy się w dół schodów, zaraz za nim leci niesiona przed chwilą na plecach pralka ” lub “Na wejściu ciasny przedpokój, w którym nie mógłbym się nawet przewrócić (aby tego dokonać, musiałbym otworzyć drzwi do kuchni robiąc, miejsce na moje „od pasa w górę”)”, życze ci wszyskiego najlepszego w twojim nowym mieszkanku ty który przespał trzęsienie ziemi.

    Rozumiem japoński lecz nie czytam z mową jako tako angielski prawie jak anglik czytam mówie pisze mam szanse z panem Tanaka-”san”. pozdro

  13. kamii16 says:

    Hej ja też chciała bym wyjechać do Japonii powiedz mi co trzeba zrobić aby można było zostać tam na stałe i ile kosztuje kupno mieszkania, oraz jaka jest średnia zarobków Japończyków. Proszę o odpowiedź na e- maila kamii16@wp.pl czekam, z góry dziękuję :)

  14.  
Pozostaw odpowiedź


Wszystkie materiały znajdujące się na tej stronie objęte są prawami autorskimi.
Wykorzystywanie ich bez zgody i wiedzy autora jest zabronione.