Tak na początek wyjaśnijmy pewną kwestię – owszem, jak sama nazwa w adresie strony wskazuje, jest to dziennik o życiu w Japonii. Nie da się jednak ukryć, że bardziej niż o tym pięknym kraju opowiada on o moich codziennych perypetiach, dlatego też nie dziwcie się, jeśli co jakiś czas zboczymy na chwilę z japońskiego toru i podążymy w inne rejony globu. Piszę o tym, by ustrzec się przed oburzeniem zatwardziałych japonofilów. Teraz, kiedy wszystko sobie wyjaśniliśmy, możemy przejść dalej
… Korea!
To było tak…
Dzięki pomocy pewnej uroczej Japonki udało mi się zarezerwować bilet na prom. Była to najtańsza i najwygodniejsza dla mnie opcja transportu z wysp japońskich do Korei. Pismo z rezerwacją wysłałem tydzień wcześniej, miałem opuścić kraj w sobotę czwartego sierpnia o godzinie 16. Prom miał mnie ponieść z Osaki (pół godziny pociągiem z Kobe) do drugiego co do wielkości miasta w Korei, położonego na dalekim południu, portowego Pusan.
Wstałem wczesnym rankiem, by dopakować jeszcze niekompletny bagaż. Odprawę biletową miałem załatwić do godziny 14, dlatego też wyruszyłem już o godzinie 10, by na spokojnie, z odpowiednim zapasem pokonać, jakby się zdawało, niezbyt wyzywający dystans z Kobe do Osaki. Droga do samego terminalu nie wyglądała na zbyt skomplikowaną: pociągiem do głównej stacji w Osace (Osaka lub jak kto woli, Umeda – w wolnym tłumaczeniu Piotra, Śliwkowe Pole), potem przesiadka w metrze, tam dwa razy zmiana linii, po dotarciu do stacji o dziwacznej nazwie Cosmo Square to już tylko kilkunastominutowy spacer do miejsca, z którego odbija prom. Jak na tak duże miasto, jak Osaka – dość banalna wycieczka.
Zaczęło się zabawnie. Wyobraźcie sobie bowiem dwa miasta – Kobe i Osaka, połączone nitką kolejową. Każdy pociąg JR jadący na północ z mego miasta MUSI trafić do Osaki, nie ma bowiem innej możliwości. Jednak, spokojnie: Polak potrafi! Wsiadłem w pospieszny pociąg i nie wiem, jak to się zdarzyło, ale przejechałem stację w Osace. Święcie przekonany, iż niedługo dojadę na miejsce, przez kolejne 30 minut czekałem na Umedę. Skończyło się tak, że przywitał mnie dworzec główny w… Kioto.
Możecie sobie wyobrazić moje zdziwienie. W końcu to jakieś 50 kilometrów dalej. Lekka konsternacja, wysiadłem, przeszedłem na przeciwny peron i wsiadłem w pierwszy pociąg wracający do Osaki. Dobre jest to, że taką wycieczkę można odbyć na jednym bilecie (z Kobe do Osaki), bo w pociągach poniżej ekspresowych nikt ich nie sprawdza. Przynajmniej pomyłka ta nie kosztowała mnie więcej niż stracony czas.
W Osace pojawiłem się z półtoragodzinnym opóźnieniem. Nie będę już opisywał szczegółów tego, jak dwa razy zgubiłem się w metrze, bo to nic ciekawego. Ważne jest to, że gdy dotarłem w końcu na Cosmo Square, byłem już prawie spóźniony. Jak na złość pogoda była naprawdę koszmarna – słońce paliło bez litości, chyba jakieś 37 stopni. Odpuściłem sobie spacer z bagażami, jak się później okazało rozsądnie – autobus do terminalu był darmowy (i klimatyzowany
). Piętnaście minut później czekałem już w kolejce do kasy biletowej promu Panstar Ferry.
Znalazłem się w innym świecie. Gdy wszedłem na terminal, pierwsze, co stanęło mi przed oczami, to ta chwila, gdy siedziałem w samolocie na lotnisku we Frankfurcie, a do kabiny zaczęli wlewać się Japończycy – obce twarze, obcy język, wszystko zupełnie inne. Teraz stoję tutaj w kolejce do kasy i znów ogarnia mnie tamto uczucie – jestem wśród obcych. Dookoła sami Koreańczycy. Zachowują się inaczej niż ludzie, z którymi przyszło mi przebywać przez ostatnie miesiące. Rozmawiają głośniej, śmieją się i bawią z dziećmi. Nie boją się spojrzeć mi w oczy i nie odwracają wzroku, gdy przyłapię ich na obserwowaniu mojej osoby. Poczułem się bardziej swojsko, gdyby tylko nie ten język… Terminal powoli wypełniał się podróżnymi i kolejka rosła z minuty na minutę do gigantycznych rozmiarów. Dobrze, że przyszedłem chwilę wcześniej. Zbliża się moja kolej, by zapukać do okienka, a ja zaczynam się zastanawiać, co to będzie, jeśli moja rezerwacja jakimś cudem nie dotarła… albo że były problemy z przelewem. Jak teraz tej pani, która na 99% nie mówi po angielsku, wytłumaczyć co i jak? Udało mi się wymyślić jeszcze kilka bezsensownych problemów, aż wreszcie nadeszła moja kolej.
Pierwsze pytanie, czy mówi po angielsku. Tak, jak przewidywałem, zawahała się, po czym mówi mi, że nie. Trudno, trzeba gadać po japońsku – i tu o dziwo, okazało się że nie ma żadnego problemu. Pani nie dość, że zrozumiała mój przekaz, to jeszcze bez najmniejszych powikłań wydała mi bilet, kartę pokładową i jakieś broszury. Miłego rejsu, do widzenia, następny proszę. To było miłe.
Ustawiłem się w tłumie Koreańczyków i zacząłem cierpieć – przez tłok, ciążące bagaże, przez nudę oczekiwania i straszliwy gorąc. Po jakichś czterdziestu minutach otwarto drzwi i zaczęła się odprawa paszportowa. Tu muszę sobie ulżyć: człowiek, z którym miałem nieprzyjemność dokonywać czynności wizowo-paszportowych, był wyjątkowo niemiły i chyba naumyślnie chciał mi popsuć humor przed podróżą. Nie trwało jednak długo użeranie się z nim – gdy po raz drugi przyniosłem mu poprawioną, wypełnioną czytelnie „embarkation card”, dał sobie siana i puścił mnie na prom.
Zwykle dzieje się tak, że przygotowując się na coś wielkiego, np. wyjazd do Japonii czy Korei, jesteśmy bardzo przejęci tym, co nas czeka. Rozmyślając jeszcze w domu, „co też będzie się działo”, wyobrażamy sobie kolejne miejsca, które przyjdzie nam odwiedzić. Mimo całego wysiłku, jaki wkładamy w wykreowanie niesamowitego bądź też romantycznego nastroju naszego wojażu, w rzeczywistości okazuje się, że wszystko jest zupełnie inne niż nam się wydawało, że będzie. Gdy wszedłem na prom uderzyło we mnie to uczucie. Nie pamiętam już dokładnie, czego się spodziewałem… jednak na pewno nie było to luksusowe wnętrze z fortepianem i żyrandolami, jakie wita gości.
Wszędzie kręci się mnóstwo ludzi, gwar i harmider. Na statku znajduje się punkt wymiany waluty, sklep typu konbini (po polsku to będzie „mini sam”) oraz dwie restauracje. W ulotce pisali coś jeszcze o karaoke, saunie i innych zabijaczach czasu, jednak wydaje mi się, że są one dostępne dla tych płacących nieco więcej za bilety. W cenie 25 000 yenów za podróż w dwie strony dostajemy miejsce w najskromniejszej kajucie, którą trzeba dzielić z trzema innymi pasażerami. Pokoje są dość klaustrofobiczne i gdyby wszyscy lokatorzy naraz zechcieli wstać z łóżek, byłby duży problem, żeby pomieścili się w przejściu. Łóżka są piętrowe (mnie niestety przypadło to u góry) i muszę przyznać, że pomimo całej tej ciasnoty dość wygodne. Podczas snu oddzielamy się od kajuty grubą zasłoną. Wewnątrz naszej przyciasnej przestrzeni życiowej mamy małą półeczkę, haczyki na ubrania, a nad głową znajduje się lampa, tak więc jeśli ktoś ma ochotę, może czytać bez najmniejszych problemów. Wszystko, co potrzebne do komfortowego przeżycia tych 18 godzin i nic ponad to.
Na pokładzie czas płynie wolno, zwłaszcza gdy podróżuje się samemu. Myślę, że to jeden z powodów, dla których obcy ludzie nagle zaczynają ze sobą rozmawiać (zwykle o niczym konkretnym). Każdy chyba przyzna, że w czasie podróży łatwo poznaje się nowych ludzi. Patrzenie się w ocean to dobre zajęcie, jednak jak zauważyłem, po pewnym czasie zaczyna źle wpływać na nasze samopoczucie.
Gdy nie można już dostrzec linii brzegowej i do obserwowania pozostaje nam tylko woda, zdajemy sobie sprawę, że taki statek jest zawieszony gdzieś w przestrzeni na końcu świata. Jesteśmy tu i teraz, niczym jacyś przedwieczni podróżnicy, pozostawieni jedynie ze swoimi myślami i bezmiarem, jaki roztacza się dookoła. Powracają do nas ci wszyscy pozostawieni gdzieś tam na drugim końcu świata, przypominamy sobie, jak długo nie wiedzieliśmy ludzi, którzy są dla nas ważni. Czujemy, jak za każdym razem, gdy statek wypluwa z siebie pianę, oddalamy się od nich jeszcze bardziej, z minuty na minutę… Tak, jak sami widzicie, ludzie wariują, dlatego też każdy szuka jakiegoś towarzysza dla zabicia czasu, by z kosmicznej otchłani powrócić na pokład statku z Osaki do Pusan. Ja poznałem pana Nobuaki…
W mojej kajucie znalazło się trzech osobników: koreański student wracający do domu na wakacje (zaproponował mi lekarstwo na chorobę morską oraz przypomniał porażkę polskiej reprezentacji na mistrzostwach świata w 2002 roku), młody Japończyk (powiedziałem, że jestem z Polski i więcej nie rozmawialiśmy) oraz starszy, „dziwnie” wyglądający pan. Okulary w grubych oprawkach z przyciemnianymi szkłami (Zbigniew Cybluski nosił podobne), wytarta cienka kurtka koloru piaskowego, spodnie, które dziś spotkać można tylko na zdjęciach w starym, rodzinnym albumie. Na pierwszy rzut oka nie wyglądał na osobę chętną do jakiejkolwiek rozmowy. Ku mojemu zdziwieniu, gdy z pozostałą dwójką rozmawiałem po japońsku, pan Nobuaki zaczął rozmowę, posługując się płynnym angielskim.
W kajucie nie spędziłem zbyt dużo czasu, wolałem wyjść na powierzchnię i podziwiać widoki. Gdy tak siedziałem zapatrzony w linię brzegową, zajadając się ciastkami, przyszedł pan Nobuaki i zaczęliśmy rozmawiać. Tu muszę zaznaczyć, że nie była to typowa rozmowa, do jakich przywykłem w Japonii (student? Polska? Chopin?), rozmówca okazał się bowiem człowiekiem bardzo obeznanym w świecie. Tym sposobem zamiast udzielać wywiadu na temat „jak bardzo podoba mi się Japonia”, porozmawiałem o filmach Andrzeja Wajdy oraz ogólnie kinematografii europejskiej, historii Europy Wschodniej, problemach politycznych Azji itp.
Gdy zapadł zmrok i wiatr stał się zimny, w oddali można było zobaczyć światła miast na brzegu, a co pewien czas w niebo wzbijały się fajerwerki (tego dnia było jakieś święto i w całej Japonii były pokazy sztucznych ogni). Ponieważ zaczynało się robić zimno, mój rozmówca zaproponował, byśmy przenieśli się do pobliskiej restauracji, gdzie przy piwie i jakimś ciepłym posiłku będzie można kontynuować nasze rozprawy. Bardzo dobrze się złożyło, bo jak sobie zdałem sprawę, zjedzona wcześniej paczka ciastek to był mój jedyny posiłek tego dnia. Gdy zasiedliśmy do stołu, pan Nobuaki po raz kolejny mnie zaskoczył, gdyż bez typowego japońskiego podejścia zaczął mi tłumaczyć, jakie obowiązują w tej części świata zasady, gdy ktoś nas zaprasza np. do takiej właśnie restauracji. Nie było to jednak przechwalanie się, jacy to Japończycy i Koreańczycy są wielkoduszni, ale prawdziwy poradnik przetrwania w tych, momentami krępujących dla obcokrajowców sytuacjach.
Opowiedział mi o tym, w jaki sposób należy postępować, by każda ze stron czuła się zadowolona i mogła w pełnym komforcie doświadczać międzykulturowego dialogu. Poza bezsprzecznym walorem edukacyjnym, dzięki tej rozmowie mogłem skosztować niezłego koreańskiego piwa (zasadniczo liczą się dwie marki: Hite i Cass) oraz wyśmienitej zupy z małży (na zdjęciu). Pan Nobuaki jest Japończykiem i jedno piwo zakończyło całą imprezę. Po kolacji rozeszliśmy się każdy w swoją stronę (pan Nobuaki do kajuty), ja dalej kontemplować morze.
Dla takich jak ja, którzy nie mają co ze sobą zrobić wieczorem, organizowany jest program artystyczny. Na niższym pokładzie, w sali restauracyjnej na scenę wylegają zatrudnione na czas rejsu gwiazdy (podobno sławne, ale kto ich tam wie, co to znaczy) - pop-skrzypistka, pop-piosenkarze oraz pop-iluzjonista.
Jakoś niespecjalnie urzekły mnie te występy i szybko zrezygnowałem z prób dostania się do środka sali. Ludzie jednak bawili się dobrze – tak podejrzewam, w przeciwnym razie nie siedzieliby ściśnięci jak sardynki i nie klaskali do prostackiego bitu. Jak już wspomniałem, szybko darowałem sobie tę imprezę i wróciłem do kajuty. Tu zapisałem kilka notatek do umieszczenia później w tekście, który właśnie czytacie. Trochę porozmyślałem o życiu
i poszedłem spać.
Obudziłem się w niezłej kondycji, lekkie bujanie statku zawsze dobrze wpływało na mój sen. Ubrałem się szybko i rozsunąłem kotary. Zerknąłem na zegarek, aby upewnić się, że jest rano (wiecie jak to jest w pokojach bez okien). Mamy godzinę 9:00, więc do Pusan jeszcze tylko godzinka. W sklepie zakupiłem paczkę ciastek i wyszedłem na podkład. Pan Nobuaki już siedział na ławce i palił papierosy. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę, dał mi kilka cennych rad na temat Korei i jej mieszkańców. Zaproponował, abym dał mu znać, gdy będę przypadkiem w Tokio. W oddali już widać brzeg Korei i musiałem pożegnać pana Nobuaki.
Tu tak naprawdę wszystko się dopiero zacznie…
P.S. No może nie wszystko, gdyż w tym miejscu post się kończy. Postaram się, by oczekiwanie na kolejny było krótsze niż ostatnio.
Pozdrawiam!


Wpisy (RSS)
No ciekawe ciekawe a to jeszcze sie nie zaczelo tak na dobra sprawe, takze Smorek pisz pisz …. ludzie czekaja :)) Pozdrawiam (Gocha tez
)
Wielkie dzięki za zdjęcia z peronu oraz wnętrza dworca.
Jestem densha otaku a JR Kobe-sen to moja ulubiona linia.
Ciekawy też jestem innych różnic między Japończykami a Koreańczykami jakie zauważyłeś.
Pozdrawiam.
No coz przyznam szczerze,ze az mi sie zachcialo odwiedzic Koree…
choc jakos podroz promoem do mnie nie przemawia:)
gratuluje wlasnego pogladu na japonie izycietu…
…tez chcialam miec wlasny poglad - nie zawsze byl to zachwyt, czesciej raczej potepienie…
…bo zycie tu nie nalezy do rozowych - w szczegolnosci przez mentalnosc ludzi mieszkajacych na prowincji…
…no i mialam swoje zdanie, poki nie wlaczyla sie przesladowczyni, ktora krytykuje kazde moje negatywne zdanie chcac mnie nawrocic…
…juz mnie zaszufladkowala jako glupia slicznotke, bo wg niej powinno mi sie tu podobac i powinnam wychwalac ten kraj pod niebiosa - a tak nie jest…
…zycze aby Ciebie nie spotkala watpliwa przyjemnosc nabycia przesladowcy…
Bo czytajac Ciebie widze,ze czasem mamy podobne zdanie na rozne tematy-tylko ja sie mniej cackam w dyplomacje i pisze jak jest,bez kwiatka…
powodzenia,
niepokorna kawaii
Hurra, wreszcie doczekaliśmy się kolejnego postu.
Mógłbyś napisać coś więcej o tym co powiedział Ci Pan Nobuaki, jakich konkretnie rad Ci udzielił?
Pozdrawiam
Yaci
PS. Jako, że to mój pierwszy komentarz tutaj to się przywitam: cześć!
# Tomaszek i Małgorzata
Cierpliwości.
Sponton już niedługo drugi (lecz nie ostatni) odcinek.
#. Ousuke
Co do różnic między narodami - zauważyłem ich wiele, nie wiem jednak czy wypada tu pisać o tym. Jaki tam ze mnie znawca? Napiszę ‘co mi się wydaje’ a ktoś jeszcze gotów pomyśleć, że tak jest ‘na pewno’. Oczywiście liczę na powagę u czytelników ale i tak trzeba brać poprawkę na takie sytuacje. Postaram się zrobić jakieś ‘delikatne’ porównanie…
#. Kawaii
Co do życia w Japonii - hm, można narzekać i mieć dość wszystkich nie będąc w stanie zaakceptować tej odmienności, albo można narzekać i być głupim gajdzinem, który stara się tu żyć po swojemu, dobrze się bawiąc przy okazji. Polecam to drugie - luźno i pozytywnie.
Poza tym, moim skromnym zdaniem należy pamiętać dzięki komu tu jesteśmy (studenci na stypendiach, ludzie jeżdżący na wymiany) i wdzięczność za to okazać w postaci małego wysiłku ku zaakceptowaniu spraw takimi jakimi są, bez zbędnego zastanawiania się dlaczego. Przede wszystkim jednak - nie ma się co dołować - jest dobrze
#. Yaci
). Przekonywał mnie, że nie ma co dyskutować bo tylko wprowadzamy konsternację, lepiej zdać sobie sprawę, że sprawiamy komuś przyjemność konsumując na jego rachunek. Dla mnie to nadal trochę dziwne jest, bo wiecie, w Polsce nie ma nic za darmo i sytuacje takie zdarzają się niezwykle rzadko. Poza tym jestem młody i nie wiem jak się zachowywać 

Nobuakisan mówił o wielu rzeczach jednak skupił się przede wszystkim na tym jak się zachować gdy przychodzi do spotkań z kimś starszym, wyższym statusem (ludzie przed, którymi płaszczymy się wdeptując własną głowę w ziemię i wywyższamy ich boskość - Ci od keigo); np. by nie protestować się gdy zapraszający oferuje nam kolejne drinki, dania w wywrotowych japońskich lub koreańskich cenach (bo i tak na 99,(9)% to on będzie za nie płacił
Rozmowa kręciła się w różnych tematach i naprawdę trudno mi teraz sobie przypomnieć co dokładnie jeszcze mówił pan Nobuaki.
ps. Witam.
Coś czuję, że znajomość z panem Nobuaki będzie jedną z tych ktorych się nigdy nie zapomina
Czekam na kolejną część
Hej Pita
Miło znowu coś poczytać
Jak zwykle w świetnym stylu… czekam na jakaś rozmowę na gg of course
ale to odezwę się jak będę mieć w końcu neta
Pozdrowionka
Hej, trafiłem tu przypadkiem. Ja też jadę na roczne stypendium do Kobe Daigaku, zaczynam 3 października.
Super blog!!
Pozdrawiam
Paweł
Pita!
Jak mogłeś przerwać w takim momencie?
Nie wiem jak to robisz ale niezależnie od długości notek to i tak są one dla mnie za krótkie.;]
Pita…a może tak kolejną nocię?
Pita…
(tak wiem, upierdliwa jestem. Wiem że jak ma być nocia to będzie i moje marudzenie nic nie pomoże) Może tak nocię?
Jak to mówią ludzie z wyrafinowanym poczuciem humoru - będzie jak będzie.
Jak już się namyślę to pójdzie łatwiej. Tylko mnie nie pytajcie kiedy, bo to pytanie potrafi zniechęcić. :/
Ale ciekawy wpis~~~~~~ Bede odwiedzac bloga, bardzo fajnie piszesz.