Latem w Japonii nie jest łatwo – każdy gajdzin wam to powie. Pogoda, jak już wielokrotnie się rozpisywałem niezbyt przyjemna – gorąco i mokro. Powietrze zaczyna się kleić i nagle rozumiemy już po co w naszym pokoju zamontowana jest klimatyzacja. Z perspektywy czasu, mogę powiedzieć, iż jest to piekielny wynalazek, który zafunduje nam przeziębienie, migrenę i kto wie co jeszcze.

Nie inaczej było w moim przypadku – jakiś tydzień temu zacząłem chorować. Początkowo tylko ból gardła, potem jednak doszedł kaszel, gorączka, straciłem głos – pełna symfonia grypy. Twardo trwałem w postanowieniu, iż nie pójdę do lekarza bo i po co? Tu jest Polska. Jakiś tydzień później nie wytrzymałem i udałem się do przychodni na uniwersytecie. Z lekkim zażenowaniem powiedziałem pani w okienku, iż boli mnie gardło – ta z powagą wręczyła mi termometr i kazała zmierzyć temperaturę po czym zaczęła się gimnastykować, jakby tu zapisać moje nazwisko w karcie. Siedziałem tam z termometrem pod pachą i oglądałem telewizję – puszczali bardzo ciekawy film – przy relaksującej muzyce na ekranie beztrosko pływały rybki, meduzy, ośmiornice i inne morskie żyjątka – po niektórych lekach pewnie doznania z oglądania takiego filmu są nie do opisania.
Obok mnie siedziało kilka osób. Z tego towarzystwa moją uwagę zwróciła jedna japonka – nie dlatego, że była ładna i w moim wieku, a dlatego iż z zapamiętaniem zaciągała zakatarzonym nosem. Robiła to tak głośno i dokładnie, iż niemal mnie zemdliło – no ale co tu poradzić, taki to kraj. Zaciąganie do wewnątrz jest ok, ale już publiczne wysmarkanie się w chusteczkę uchodzi za barbarzyństwo.

Po dość długim oczekiwaniu zostałem wezwany do gabinetu – tam zamaskowany mściciel w białym stroju (lekarze jak to i u nas ubrani są w białe kitle, z tą różnicą iż twarz skrywają cały czas pod maseczkami higienicznymi) zaczął zadawać mi pytania. Łącząc japoński z angielskim starałem się w miarę dokładnie odpowiadać – by na koniec usłyszeć druzgocącą diagnozę – „Prawdopodobnie jest pan przeziębiony”. „O! Naprawdę?” posiliłem się na zaskoczony wyraz twarzy.
Lekarz w przeciwieństwie do potworów o jakich naczytałem się w książkach o Japonii, był bardzo miły i nawet słuchał co do niego mówiłem. Po zakończonej wizycie została wypisana recepta – z tą udałem się do znajomego już okienka. Po kilku minutach oczekiwania podeszła do mnie pielęgniarka, która lepiej od innych radziła sobie z angielskim – w ręce miała tajemniczą białą kopertę. Wysypała zawartość i zaczęła tłumaczyć…

Tak się tu leczy przeziębienie



Dostałem zestaw na trzy dni – bezpośrednie tłumaczenie nazw to: biały proszek na ból gardła, mała różowa tabletka na ból gardła, dropsy. Brać trzy razy dziennie po posiłku i nie mieszać z innymi lekami. Dropsów nie połykamy tylko czekamy aż się rozpuszczą. Biały proszek może wywoływać senność. Kolega Carlos, który jest lekarzem, niestety nie wiedział co to za cudowne środki mi przepisano, gdyż opisane były jedynie japońskimi nazwami (o łacinie zapomnijcie). Nie pozostało mi nic innego, niż zaufać białemu zorro ze szpitala i zacząć brać co mi przepisał. Jeśli pojawią się jakieś ciekawe efekty uboczne, o ile będę w stanie – niezwłocznie je opiszę.

Jeszcze raz napiszę, że lato w Japonii ciężkie jest. Poza problemem wszechobecnej klimatyzacji pojawia się kilka innych niedogodności. Na przykład takie milutkie zwierzątko…

Kawaii ne?



Oto cykada. Krążą o niej różne niesamowite historie np. o jej odgłosach godowych, które można usłyszeć z odległości kilku kilometrów. Słyszałem kiedyś coś takiego ale nie dawałem temu wiary, tutaj jednak pewnego ranka przekonałem się na własne uszy co to znaczy „cykać”. Po mojej stronie akademika całe szczęście nie ma drzew gdzie owady te mogłyby sobie urządzić imprezę, jednak moi znajomi z drugiej strony budynku, od kilku dni przeklinają ich miłosne uniesienia.

Jeszcze 10 lat temu piałbym nad tym stworzeniem z zachwytu.



Cykanie zaczyna się koło szóstej rano i trwa późnego do popołudnia bez przerwy. Dźwięki te są w miarę podobne do cykania świerszczy, z tą różnicą, że szybsze, bardziej świdrujące i dużo głośniejsze. Nic dziwnego – wystarczy spojrzeć na zdjęcia, moneta stujenowa odpowiada wielkością naszej złotówce – przyznacie sami, że nie lada bydle z tej cykady. Jak już zacznie swój koncert to bez kija nie podchodź. Pomimo uciążliwości i dość okropnego wyglądu, gdy pytałem Japończyków o ich stosunek do tego owada – wszyscy zgodnie twierdzili, że je lubią i uważają te przerośnięte pluskwy za kawaii (czyli małe słodkie stworzonko)…

Widok podwozia.



Być może ma to jakiś urok ale ja tam dalej wole pandy. Dziwny kraj :)

Pozostaw odpowiedź

Musisz być zalogowany, by móc komentować. Zaloguj się »

Wszystkie materiały znajdujące się na tej stronie objęte są prawami autorskimi.
Wykorzystywanie ich bez zgody i wiedzy autora jest zabronione.