Zaczynam temat szeroki, który zapewne dla wielu z was wyda się bardzo ciekawy. Będzie o jedzeniu w Japonii – jednak bardziej w kontekście życia przeciętnego gajdzina, niż badania oryginalnej kuchni tego kraju. W telegraficznym skrócie – co stworzenia zwane gajdzinami jedzą, jak jedzą i ile je ta przyjemność kosztuje. Zaczynamy podstawowo-obiadowo czyli…
Sushi
Tendencyjnie? Być może… Oto przysmak wszystkich Japończyków, którym zajadają się we dnie i w nocy. Prawda to, choć nie do końca. Sushi oczywiście jest w świadomości mieszkańców tego kraju bez przerwy, wszyscy je lubią ale wydaje mi się, że mało kto praktykuje tu jego częste jedzenie – jest to bowiem troszkę zbyt drogie danie na codzienne posiłki. Konsumpcja od święta, raz na jakiś czas jak najbardziej.
W diecie codziennej pojawiają jednak słynne już onigiri, które zapewne stanowić mają suplement upragnionego przysmaku np. w mojej diecie, zastępują polskie kanapki. Onigiri to porcja gotowanego ryżu w kształcie trójkąta lub rolki, którym opatulona jest wkładka, wszystko to zawinięte w wodorost (wygląda jak zielony papier, pachnie jak falochron). Sklepowo-półkowe onigiri cechuje się ciekawie przemyślanym opakowaniem – do chwili otwarcia wodorost pozostaje oddzielony od ryżu warstwą folii (by nie rozmięknąć). Podczas otwierania folia zostaje usunięta i oto mamy gotowy posiłek. Pierwsze kilka razy były dla mnie trochę to karkołomne ale z czasem można nabrać wprawy.
Wkładki są różne – moje ulubione, to te najprostsze, najbardziej oklepane czyli krewetka lub tuńczyk. Problemem jest często odgadnięcie zawartości onigiri w trakcie kupowania – bez znajomości krzaków ani rusz. Gdy po raz kolejny musiałem jeść jakieś nieokreślone świństwo, na myśl przychodziły mi tylko fasolki wszystkich smaków z książek o Harrym Potterze (Japończycy wykazują wielką pomysłowość a propos wypełniania onigiri dziwnymi rzeczami). Onigiri to produkt jednodniowy, o ile nie kilkugodzinny. Gdy dłużej poleży (w mojej lodówce około 7 godzin) robi się obrzydliwe – ryż traci smak i właściwy poziom wilgotności, całość zaczyna smakować jak papier – raz próbowałem i z całego serca nie polecam.
Wracając jednak do samego sushi – doświadczenia zbyt wielkiego nie mam w jego konsumowaniu. W tradycyjnych lokalach Sushiya to bardzo droga zabawa. Alternatywą są jednak zautomatyzowane bary szybkiej obsługi zwane Kaitenzushi. W lokalach tego typu mamy kontuar lub stoliki przy których znajdują się ruchome taśmy.
Na taśmach podróżują talerzyki z przygotowanymi już porcjami sushi (1-2 kawałki). Klient zdejmuje z taśmy interesujący go talerzyki. Gdy brzuch pełen wołamy obsługę – ta podlicza ilość talerzyków i wystawia rachunek. Talerzyki różnią się kolorem – każdy kolor to inna cena, oczywiście uzależniona od tego co na talerzyku zaserwowano.
W Kobe znam kilka sushibarów jednak najczęściej wybieram się do kaidanzuhi o jakże skomplikowanej nazwie Sushiro. Podstawowa zaleta tego miejsca – każdy talerzyk po 105 yenów. Restauracja jest ogromna, wielka sala wypełniona stolikami – co ciekawe, pomimo pełnego zautomatyzowania jest to miejsce gdzie można posiedzieć i pogadać, a nie tylko jeść. Tu uwaga dla co wrażliwszych – w sushi barach często klima działa pełną parą, więc dobrze jest zabrać coś do okrycia.
Przy stolikach powoli przesuwają się taśmy z porcjami. Mamy dwie drogi do wypełniania brzucha – albo zdejmujemy z taśmy to co nam się spodoba, albo zamawiamy przez rzężący interkom – w przypadku tej drugiej opcji możemy wybierać z bogatego menu i nie musimy czekać aż cała nasza grupa upoluje talerzyk z łososiem. Możemy od razu zamówić konkretną liczbę porcji np. pięć razy węgorz, pięć razy jeżowiec, pięć razy łosoś i budyń z ryby.
Po chwili na taśmie pojawiają się talerzyki z numerem naszego stolika. Nareszcie możemy przystąpić do grupowego zajadania się surową rybą oraz oczywiście – dzielenia się wrażeniami. Te są oczywiście bardzo pozytywne – o ile nie przeszkadza komuś jedzenie dziwnych rzeczy (z punktu widzenia gajdzinów przyzwyczajonych od małego do ziemniaków, kotleta i kapusty), na wpół surowych, smakujących często, co tu dużo mówić, nijak. Najeść można się bez problemu – dla przeciętnego gajdzina rodzaju męskiego wystarcza 8-12 talerzyków.
Warto próbować „dziwnych” rzeczy, można się przyjemnie zaskoczyć, a nawet jeśli nie to do końca życia będziemy o tym opowiadać znajomym. Jeśli ktoś woli tradycyjne smaki polecam łososia, smażonego węgorza i krewetkę. Nie zapomnijcie o wasabi i sosie sojowym – znacznie umilają zabawę.
Jedna rzecz, która mnie lekko zniesmaczyła (choć twardo zjadłem do końca) to bonusowe danie na które się pokusiŁem – Chawamushi – nazwałem je budyniem z ryby. Podobno jest przepyszne ale mi jakoś nie udało się tego potwierdzić – tylko dla twardzieli – wygląda jak budyń waniliowy, ma konsystencję ledwo ściętego jajka i smakuje jak ryba
Tyle na dziś jeśli chodzi o sushi.
~hodai
Bardzo fajną rzeczą w Japonii są lokale typu tabehodai i nomihodai. Odpowiednio – żarcie do woli, picie do woli. Płacimy określoną sumę a następnie ruszamy do akcji – serwuje się nam ile tylko chcemy, zdołamy radę zjeść lub wypić. Nie wiem czy w Polsce tego typu lokale miałyby rację bytu, tu jednak są naprawdę popularne. Restauracje różnią się rodzajem kuchni (japońska, europejska, koreańska, tajska, chińska itd.), ceną (zwykle koło 2000 yenów) oraz warunkami serwowania dań (np. Tabehodai ale tylko przez 2 godziny, kolejne danie dopiero po zakończeniu poprzedniego itp.).
W Kobe znam jedno wyśmienite miejsce – jest to restauracja brazylijska „Braziliano”. Jest dobrze znana wśród gajdzinów – jedno z niewielu miejsc gdzie można się najeść prawdziwego czerwonego mięsa do syta (jak zapewne wiecie w Japonii tego przysmaku brakuje). Płacimy 1000 yenów (w porze lanczu) – chyba każdy przyzna, że cena śmieszna nawet jak na polskie warunki. Bez ograniczeń czasowych, wymuszonej kolejności dań czy jakichkolwiek niedogodności.
Na początek mamy szwedzki stół z dodatkami – frytki, surówki, sosy, gulasze, strogonowy, zupy, przepyszne brazylijskie specjały, wszystko czego tylko dusza zapragnie. Do tego dochodzi oczywiście mięso z grilla – obsługa średnio co 5-10 minut przynosi rożna z innym rodzajem pieczeni. Jeśli jesteśmy zainteresowani, wesoły Brazylijczyk wielgachnym nożem skraja nam kawałek mięsiwa prosto na talerz. Jemy ile tylko chcemy i dopóki mamy miejsce w żołądku. Gajdzin rodzaju męskiego wytrzymuje do dwóch godzin…
Nomihodai to też dobra rzecz – z punktu widzenia polaka jest to niesamowicie atrakcyjny system. Na ten przykład – raz moi rodacy (senpaje) zabrali mnie na karaoke. Oczywiście nie po to by śpiewać – ot usiąść, pogadać a w zasadzie pić. Niektóre lokale karaoke serwują chuhaje (czyt. ciuhaje), czyli leciutkie owocowe drinki, jako nomihodai. W dzień za godzinę siedzenia w karaoke płacimy 200 jenów – około sześciu złotych. W tym czasie można przy miłej rozmowie wypić 6-7 drinków (na głowę). Przy dłuższym posiedzeniu nawet zachciewa się śpiewać… Fajny kraj? No chyba tak
Ramen
Co zaskakujące, do tej pory – poza mięsną orgią w braziliano najbardziej najadłem się… zupą. Pochodzące z chin danie, które na stałe wpisało się już do japońskiej kuchni – Ramen. Wygląda niepozornie – ot coś jak rosół z długimi kluskami i różnorakie dodatki. Nic bardziej zwodniczego – zupę serwuje się w niepozornie wyglądających miskach, które wg moich obliczeń można by rozlać na 2,5 polskich talerzy. To co w zupie zależy już od inwencji kucharza – wyczytałem gdzieś, że ramen ma to do siebie iż do zupy można dać mięso… No cóż – faktycznie mięso się podaje – zwykle jakiś plasterek pieczeni (i nikt mi nie wmówi, że to jest baleron – bo ja baleronu nie jem), może być krewetka, krab czy cokolwiek co kiedyś się ruszało. Zupa dla polaka atrakcyjna, bo na upartego można się w niej doszukać rosołu – łezka się wtedy w oku kręci na wspomnienie gotowanej marchewki. W Kobe – wyśmienite miejsce zaraz przy stacji JR Rokkomichi – Kameya. Tu za 700 yenów dostaniemy najlepszy ramen w Kobe.
Kontuary
Innymi popularnymi lokalami w Japonii są lokale o budowie kontuarowej. W takich miejscach nie uświadczymy stolików – jedynie kontuar przy którym siada się prosto z ulicy, a za plecami chodzą nam ludzie. Te malutkie restauracje serwują zwykle jedno, góra dwa rodzaje dań i co ważne dla japońskich sararimanów robią to naprawdę szybko. Za 500-700 yenów można „machnąć” obiad. Zwykle wygląda to tak – na zewnątrz mamy ustawiony automat przy którym po wpłaceniu gotówki wybieramy nasze zamówienie. Maszyna wyrzuca bilecik i resztę – z tym czekamy na wolne miejsce przy kontuarze. Gdy ktoś wykrzykując obowiązkowe „gochisosama deshita” zwolni miejsce zasiadamy i wręczamy obsłudze kartonik z zamówieniem. Tu następuje kilkuminutowe oczekiwanie kiedy to możemy podziwiać sprawność kucharzy, którzy w perfekcyjny sposób opracowali przygotowanie serwowanej przez lokal potrawy.
Raz dwa, ciach, ciach drugą ręką rozbija jajko i oto przed naszym nosem ląduje parujący np. katsudon. To akurat moje ulubione, szybkie danie – wieprzowina smażona w głębokim tłuszczu (coś jak schabowy) na ryżu, podawana z surowym jajkiem i zielskiem. W Polsce na samą myśl surowego jajka robiło mi się niedobrze, tu jednak można przymknąć oko – polecam! Na Sannomiya-pod mają dobry lokal – cecha charakterystyczna: kucharz wygląda jak hydraulik Mario. Lokale tego typu serwują dosłownie wszystko – ramen, okonomiyaki, soba, kare i co dusza zapragnie. Niektóre nie mają nawet siedzeń i je się na stojąco przy kontuarze. Nie są to najwygodniejsze miejsca ale ich użyteczność jest czasami nieoceniona.
O jedzeniu to tyle na dziś – ale możecie być pewni, że powstanie kolejny wpis. Niedługo czeka mnie wypad do Korei Południowej więc przygotujcie się na nietypowy rozdział w tej japońskiej historii.

Wpisy (RSS)
Ja, jak mam się stołować na mieście to poszukuję restauracyjki “Matsuya” czyli “zabudowanego” kontuaru
Jedyna różnica jest taka, że u mnie jakoś rzadko kto mówi w takim lokalu po posiłku “gochisosama deshita”. Dziwne, nie?
hehe.. zapewne w tym miejscu powinna nastąpić rozprawa o wyższości kansai nad kanto ale jakoś te ich lokalne konflikty nie nie interesują ^^ o matsuyach słyszałem nieprzychylne opinie, aczkolwiek sam stołuję się w podobnych lokalach – można fajne sety trafić czasem, no i czasem oferują wielką dokładkę ryżu
mm…
Faktycznie świetna sprawa za niewygórowaną cenę (tabehoudai), a ja siedzę bez śniadania i zamiast iść do kuchni o jedzeniu czytam:)
A ile mniej więcej kasy idzie Ci miesięcznie na żarełko, i jak to się przedstawia procentowo (jeśli mogę zapytać) ze stypendium które Ci przyznali (czy np. na jedzenie idzie 25% czy 50%:)
Pozdrawiam!
A czy zidentyfikowałeś ichni nabiał oraz warzywa i owoce? Gdy byłam w supermakecie w Japonii, na pierwszy rzut oka pomyślałam : “ok.nie będzie tak źle”.
Sztuka jest kupić coś, co by choć trochę przypominało twarożek… Mojej ulubionej zieleni owszem, było sporo, ale ni cholery nie wiem, co to za liście i trawy tam sprzedawali! Rozpoznałam chyba tylko szpinak… Za dwa miesiące ląduje w Kobe. Na kilka lat. Będę miała więc duuużo czasu, by spróbować wszystkiego. Postanowiłam zostać “detektywem sklepowym”, ale nie od śledzenia klientów, tylko produktów. Tych zjadliwych dla europejskiego podniebienia. Żeby inni, znalazłszy się w podobnej sytuacji nie musieli kupować pięciu pudełek z nadzieją,że któryś z nich kryje serek… Ale pomyślałam, że może wyważam otwarte drzwi? Może masz już doświadczenie i możesz poradzić nie tylko, co jadac w knajpach, ale co jadać w domu? Co kupować w sklepie? A mieszkasz jeszcze w Kobe? Dużo pytań, sorry… 
Po kilkunastominutowym, bez efektywnym kwitnięciu przy sklepowym regale nie maiłam już tak hardej miny
Pozdrawiam! Monika
szesc wzystkim. MONA mam prosbe do ciebie jesli przeczytasz to prosze odezwij sie do mnie . wlasnie za tydzien wyjezdzam do japonii do Kobe i zupelnie nic nie wiem o tym miescie jak i o japonii. Prosze jesli mozesz to pomuz mi w kwestii co jesc gdzie jesc itp .dzieki i czekam na odpowiedz moj mail luku83@o2.pl