Oto i kolejny gigantyczny wpis – spokojnie, niedługo skończy się moja wena i ten blog zacznie jakoś wyglądać. Staram się skracać moje wywody jak tylko mogę i nie pisać o rzeczach oczywistych – np. że zaspałem (nic nowego) itp. Wybaczcie też, że wpisy pojawiają się z lekkim opóźnieniem, to już niedługo – net w postaci 100 MBit światłowodu nadchodzi wielkimi krokami (ostatnia wersja – 2 maja). No ale dp rzeczy – od dłuższego czasu zaplanowaną miałem wizytę w Osace – jej cel: kupić kompa. Data – 2007.04.13, to było tak…

Przed samym wyjazdem z Kobe musieliśmy załatwić kilka spraw. Po pierwsze – udajemy się do pobliskiego international center (dziwna instytucja, która oferuje dużo ciekawych rzeczy zupelnie obcym ludziom, za darmo) by tam dorwać się do łącza internetowego. Kilka dni wcześniej niejaki Kaiou, czyli mój ex-nauczyciel japońskiego i oficjalny doraca w sprawie życia w pięknym kraju jakim jest Japonia, przesłał mi intrukcje jak dostać się do upragnionego Den Den Town, zwanego inaczej Nipponbashi. Należy wiedzieć, iż miejsce to słynne jest w calym Kansai (Ci z Kanto mają Akihabarę w Tokio) – jest to dzielnica handlowa z wszelkiej maści elektroniką – począwszy od aparatow cyfrowych, poprzez laptopy a skończywszy na deskach klozetowych godnych astronautow ze stacji kosmicznej (poza standardowymi usługami deski takie oferują korzystającemu min. podgrzewane siedzisko, automatyczne podmywanie, suszenie, pochłanianie zapachów, dźwięki zagłuszające naturalne odgłosy korzystania itd.). Nipponbashi przyciąga liczne rzesze zagranicznych turystów pragnących po okazyjnej cenie upolować jakiegoś super wypasionego, japońskiego sprzęta.

Poczatkowo na wycieczkę wybierałem się z mym rodakiem – Łukaszem (już wspomniałem – mieszka w tym samym akademiku). Okazało się jednak, że dołączy do nas mój sąsiad – Carlos z Gwatemali. Punkt 8.30 rano, zebraliśmy się w lobby naszego akademika by ruszyć na poszukiwanie źrodla internetu. Centrum otwiera się o 9 rano, niestety jak to w życiu pojawiły się komplikacje. Pani uniwersalna (zajmuje się biblioteką, salą komputerową i salą wideo więc nazwanie jej panią biblioekarką byłoby bezpodstawnym zawężeniem jej kompetencji) z najszczerszym uśmiechem wyrzycila z siebie setki sylab po japonsku. Po wyjściu z budynku skonsultowałem z moimi towarzyszami to co zrozumieli z jej wywodu – podsumowując, udało nam się wyłapać takie frazy jak – chotto, sumimasen i kilka czasowników kończących się na nai. Tłumacząc na Polski: nie bo *coś*. Alternatywą dla internetu w International Center jest jeden komputer w naszym akademiku, na którym, o ile nie jest zajęty (to się zdarza bardzo rzadko), można surfować przez pół godziny. Nikt z nas nietety nie wie kiedy biuro się otwiera, bo jesteśmy zbyt leniwi żeby się zapytać i zapisać tę inormację na karteczce. Towarzysze stwierdzili, że udadzą sie do macdonaldsa, gdyż Carlos pragnie cos zjesc. Zostawiłem ich i sam ruszyłem do akademika.

Po drodze zaliczyłem szybką wizytę w konbini “na rogu”. Ciekawostka – w odległości 15 metrów od drzwi naszego akademika mamy aż trzy sklepy typu konbini (convinient store – asortyment polskiego supermarketu tylko skompaktowany do powierzchni zwykłego sklepu). W tej krótkiej przerwie na posiłek, kupiłem bułkę z typu francuskich specjałów. U nas w Polsce zwie się je chemicznym świnstwem – coś a’la rogaliki seven days, tylko że tu w Japonii jest masa rodzaji, są smaczniejsze, bardziej pożywne i sprawiają wrażenie świeższych i zdrowszych (a przynajmniej ja w to wierzę – inaczej nie miałbym co jeść). Bułka, którą dane mi było kosztować nazywała sie Banana-pan i jak sama nazwa wskazuje miała smak banana. Przy okazji chciałem zauważyć, że w Japonii wszystko co związane z pieczywem pochodzi z Francji lub Niemiec. Według japończyków nigdzie indziej jak właśnie tam ludzie całe dnie obżerają się ciastkami, bagietkami i bulkami z bananem. Mieszkańcy kraju kwitnącej wiśni adaptują owe wyroby by móc poczuć jak smakuje francuskie i niemieckie życie (dla was mam już gotową odpowiedź – smakuje bananem). Po pomyślnym wykonaniu zadania dowiedziałem się, że mamy dwie nowe osoby w składzie – Nadmit i Bilge – dziewczyny z Mongolii. Przy pięciu uczestnikach nasza wycieczka zaczynała wyglądać profesjonalnie.

Zadanie numer dwa na ten dzień… Kilka dni temu założyliśmy konto w banku. Od dziś można było odbierać karty bankomatowe – ma to jakiś związek ze stypendium więc lepiej było mieć to z głowy. Wsiedliśmy w JR (czyli lokalno – miedzymiastowy środek transportu) z Nada (gdzie jest nasz akademik) do Rokkomichi. Tam już na piechotkę do stacji Rokko Hankyu (to z kolei nazwa innej sieci lokalno – międzymiastowego transportu), gdzie znajduje się filia naszego banku. Po wykonaniu niezbędnych wygibasów językowych przy okienku w banku po raz kolejny już tego dnia, okazało się że – chotto, sumimasen i nai, czyli generalnie: nie. Mamy przyjść za 5 dni bo karty nie sa jeszcze gotowe. Żeby nie było nam za dobrze okazało się jeszcze, że Łukasz nie może tu wymienić Euro (quest poboczny) i musi sie udać do banku na stacji Sannomiya. Czymprędzej czmychnął więc do centrum Kobe a my mieliśmy 40 minutową nieplanowaną przerwę.

Zaproponowalem pozostałym spacer w poszukiwaniu czegoś co możnaby zjeść (co to jest bułka z bananem dla kogoś takiego jak ja). Kierunek jaki obrałem – uliczka wyglądająca na dość rozrywkową, okazała się kompletną klapą i szybko wywędrowaliśmy w jakieś szare osiedle. Próbując wrócić trafiliśmy przypadkiem do świątyni, stojacej jak gdyby nigdy nic pośród brzykich i ciasnych domów blokowiska.

Droga prowadząca do świątyni



Prowadził do niej długi chodnik z drewnianymi latarniami po bokach a następnie szerokie kamienne schody. Na końcu tej drogi witają przybyszy dwa kamienne psy strażnicy…

Pan Pies



…i wreszcie przepiękna kaplica.

Znaleziona przypadkiem świątynia



Samo miejsce było niesamowicie ciche – miło było się tam znaleźć.

Modlitwa przed egzaminem



W drzewach buszowaly pełnowymiarowe kruki, nie jakies tam wrony, gawrony czy inne podróby. Ptaszyska te, które tak trudno zobaczyć w Polse, ku mojemu zdziwnieu są tutaj bardzo pospolite.

Smok obmywacz



Jednym z ciekawszych elementów okazało się miejsce z wodą do obmywania (lub picia) – posąg w kształcie smoka, któremu z psyka spływała woda. Zrobiłem tam chyba z 50 zdjęć.

Ten po prawej to ja



Gdy wybila godzina 12 udalismy sie na dworzec Rokko hankyu, tam niestety zgodnie z moimi przewidywaniami okazało się, że niestety Łukasza jeszcze nie ma. Znudzony kręciłem się po stacji szukąjac czegoś ciekawego – obejżalem min. kramik z amechan (co wg 17 letnich japonek z samolotu w dialekcie kansaiben oznacza słodycze), pojeździłem trochę schodami a następnie z zapamietaniem zacząłem studiować mapę linii Hankyu z opisanymi taryfami. Musiałem mieć dziwaczną minę gdyż po chwili podeszła do mnie jakaś pani i zapytała “Do You need my hand?” (+śmieszny akcent). Jako, że nie miałem przy sobie odpowiednich narzędzi by przeprowadzić szybką amputację, poprosiłem ją tylko aby mi wytłumaczyla, która stacja to centrum Osaki i ile kosztuje bilet. Pani była miła, poczęstowała mnie zestawem obowiązkowym – tj. skąd jestem, co tu robię… pytanie “Jak podoba mi sie japonia?” uprzedziłem bo odruchowo pociągnąłem moją wypowiedź na ten temat. Ku mojemu zadowoleniu po chwili dołączyła reszta ekipy i wsiedliśmy w Hankyu do Osaka Umeda…

Pierwsze chwile w tym mieście były dość przerażające. Masy ludzi przelewające się przez stacje nie pozwalały przejsc. Wedlug wskazowek, na początek powinnismy udać się w kierunku ulicy shinsaibashi – deptaku czy też ulicy handlowej. Po zadaniu kilku pytań w punkcie informacji turystycznej otrzymaliśmy mapy i dokładne intrukcje. Miły japończyk wyjaśnił nam, iż powinniśmy wsiąść w metro i przejechać trzy stacje i wtedy już właściwie jesteśmy przy shinsaibashi. Przy automatach z biletami nasza grupa doznała lekkiego szoku gdy okazało się, że przejazd trzech stacji metrem kosztuje prawie tyle samo co hankyu z Kobe do Osaki. Ah to wielkomiejskie życie.

Jakby ktos sie wybieral w podobną wycieczke, podaje wyciag z emaila otrzymanego od Kaiou (mam nadzieję, że nie jest to łamanie praw autorskich). Tak więc oto krótki opis jak dotrzeć do Den Den Town. Zapamietac kolejno: Osaka Umeda, Shinsaibashi, Wielki krab, Nipponbashi. Wystarczy zadawać pytania napotkanym japończykom, podstawiajac do schematu kolejne hasła. Oto fraza: “Sumimasen!” Gdy już się zatrzyma oraz gdy przestrach w oczach minie dodajemy: “ e ikitai”. Za pomoca gestow dajemy znac, że to tyle i czekamy na odpowiedź. Tu nastepuje potok słów (jeśli osoba nie zna angielskiego), które zupelnie pomijamy i skupiamy się na analizie gestów. W 8 przypadkach na 10 wystarczy. Nie należy zapominać o ciągłym przytakiwaniu, inaczej nasz zbawiciel może się zawiesić.

Różowy goryl



Ah no i jeszcze – nie pytajcie o drogę młodzieńców wyglądających jak obsada wczesnych filmów Takesiego Kitano (tych gdzie bohater jest zawsze strasznie złym członkiem yakuza). Carlos z Łukaszem próbowali i w efekcie dostali instrukcję w jakimś kosmicznym kierunku, co na szczęście szybko udało nam się sprostować dzięki planowi znalezionemu 10 metrów dalej.

Shinsaibashi czyli dużo nieciekawych rzeczy



Ulica Shinsaibashi okazała się dość nudna – mnóstwo drogich sklepów z kosmetykami, ubraniami, telefonami komórkowymi oraz strasznie głośnych salonów pachinko. Gdzieś w połowie jej długości zatrzymalismy sie na posilek – wyszliśmy z założenia, iż przy głównym deptaku bedzie wszystko co najdroższe i okazalo się to strzałem w dziesiątkę. Skręciwszy w boczną uliczke trafiliśmy do ciasnego lokalu z ramenem. Ceny do zaakceptowania a jedzenie – wyśmienite. Marne popłuczyny, które dane mi bylo jeść w bliskiej memu akademikowi stołówce są obrazą dla przepusznej zupy jaką nam podano w tej restauracji. Zamowiłem sobie korn ramen czyli baza plus dużo kukurydzy – niby proste ale smakowało wyśmienicie.

Ramenownia



W misce udalo mi sie znaleźć kilka płatków wakame (albo innego wodorosta), kawałek gotowanego mięska i jakieś nieokreślone fusy, których pochodzenie przypisywałbym soi. Był to pierwszy posiłek w Japonii, którym się naprawdę nasyciłem (nie licząc wyżery na welcome party na kobe daigaku, ale tam jadlem po kolei wszystko co pojawiało się na stole). Zwykle japońskie porcje są za małe na mój brzuch.

Po uzupełnieniu sił wróciliśmy na shinsaibashi by poszukać wielkiego kraba – ważnego punktu orientacyjnego na trasie naszej podróży.

Wielki krab



Krab okazał sie wielką, mechaniczną reklamą przylepioną do ściany restauracji. Skręciwszy w lewo, po 15 minutach marszu w lekkiej niepewności zaczeliśmy dochodzić do Nipponbashi. Pierwszym znakiemn, iż jesteśmy na miejscu byl nagły wysyp sklepów z aparatami i akcesoriami fotograficznymi (ciekawostka – część z nich “duty free”). Potem tylko coraz wiecej i wiecej… Przyznam się jednak, że lekko mnie ta dzielnica zawiodła (nie wiem jak to wygląda w akihabara w Tokyo – może lepiej), spodziewałem się czegoś bardziej uporządkowanego, coś jak ulica handlowa, tyle że z elektroniką. Tu zaś zwykła dzielnica, gdzie wszystko jest porozrzucane po okolicy. Na wybór narzekać nie można – mają wszystko czego człowiekowi potrzeba – sklepy oferują zarówno nowe produkty jak i second handy – we wszelkich możliwych opcjach i konfiguracjach. Tak się jakoś złożyło, że pierwszy ciekawszy sklep jaki odwiedziliśmy okazał sie tym, w którym później kupiłem swojego laptopa.

Po całym dniu przeczesywania półek zgodnie z Łukaszem stwierdziliśmy, że wracamy do pierwszego by tam jeszcze raz się zastanowić. Interesujący mnie model nie był może zbyt tani (jak na second handa), w środku jednak znalazły się najświeższe podzespoły o interesujących parametrach. System (win XP home) i klawiatura są po japońsku ale nie przeszkadza mi to za bardzo w jego użytkowaniu. Najbardziej irytujące jest wpisyawnie polskich znaków – klawiatura nie posiada bowiem prawego alta (lewy nie obsługuje znaków a jedynie menu kontekstowe programu). W miejscu brakującego alta jest klawisz do zamiany systemu pisma – hiragany / katakany / romaji. Pozostało mi więc korzystanie z kombinacji Shift + ~ i znak który chcę wklepać – trochę to męczące ale już prawie się przyzwyczaiłem. Łukasz kupił sobie nowego laptopa (za ten hardware niemożliwie tanio!) i w komplecie dostał system Windows Vista – oczywiście też po japońsku. Nauka nowego interfejsu microsoftu, gdzie nic nie jest na swoim miejscu, w języku japońskim to nie lada wyzwanie :)

Przed zakupem pojawiło się jednak zadanie bojowe – znaleźć Citibank – dorwać się do pieniędzy. Wiedziałem jedynie tyle, że filia jest gdzieś w okolicach Shinsaibashi. Dzięki uczynności pana sprzedawcy i mojemu kulejącemu japońskiemu zostałem zaopatrzony w dokładną mapę okolicy z zaznaczonymi ważnymi punktami orientacyjnymi. Reszta towarzyszy zmęczona postanowiła w tym miejscu zakończyć swoją wycieczkę i wracać do Kobe. Ja rozgoraczkowany wybieglem ze sklepu. Byla 17.30 – przebywając myślami w Europie obawiałem się. że bank będzie czynny tylko do 18 i nie zdążę. Bardzo sie spieszyłem i już po 10 się zgubiłem. Kolejni przepytywani japończycy powoli naprowadzili mnie na właściwy szlak. W tej krótkiej przerwie spotkałem min. dwóch wyluzowanych australijczykow, których spytałem o drogę. Ci ze stoickim spokojem wyjaśnili mi, że też się zgubili i jedyne wiedzą, to że są w Osace, choć dopuszczają możliwość, że i w tej kwestii się mylą :) O 17.50 stanąŁem przed drzwiami Citibanku. Tu też zostalem sprowadzony na ziemię – bank był od dawna zamknięty… a strefa bankomatowa jest otwarta 24 godziny na dobę. Eh…

W drodze powrotnej poszło mi znacznie lepiej – stwierdziłwem wtedy, że generalnie rzecz biorąc, Osaka to świetne miasto. Można wędrować przed siebie nie zastanawiając się za bardzo gdzie się idzie. Za dużo myślenia i wątpliwości to zbędy psychiczny dyskomfort, który przeszkadza w prawdziwym poznawianiu tego kraju. O ile lepiej jest trwać w przekonaniu, że kierunek przez nas obrany jest zawsze dobry. Osaka z tysiącami małych uliczek jest wspanialym miejscem na tego typu eskapady. Podróż w nieznane, jazda metrem w przypadkowym kierunku – dla samego tego uczucia warto tu przyjechać… Ciekawe jak to wyglada w Tokio?

Dotarłem do sklepu gdzie już czekał na mnie zapakowany laptop. Z Łukaszem zgodnie stwierdziliśmy, że najwyższy czas wracac do domu.

Idąc za głosem intuicji zeszliśmy pod ziemię. Po dokladnym zapoznaniu sie z rozkladem jazdy stwierdziliśmy, że właściwie chyba wiemy gdzie jestesmy – stacja metra w Namba. Wsiedliśmy w wagon pełen japończykow wracających z pracy. Tutaj małe wyznanie – w japońskich środkach komunikacji boję się tylko jednego – mianowicie, że wsiądę do wagonu tylko dla kobiet. W Kobe jest to bardzo słabo oznaczone i działa jakiś skomplikowany system godzinowy, kiedy można a kiedy nie. Prawda jest taka, że nawet jak wielki gajdziński samiec wpakuje się do takiego wagonu w godzinach szczytu nikt mu słowa nie powie. Dziwnie się jednak jedzie takim wagonem i czuje na sobie te wszystkie spojrzenia pełne strachu. W Osace wagony dla kobiet są różowe więc nie ma problemu. A wracając do właściwego wątku… po 15 minutach dotarliśmy na dworzec Umeda gdzie szybko zakupilismy bilety i wsiedlismy w Hankyu do Kobe. Podczas tej podróży doświadczyliśmy nowej atrakcji. Mimo, że godzina była poźna – okolo 19.30 zaczelo sie robic strasznie duszno i goraco, wilgotnośc powietrza wzrosła. Gdy tylko wysiedlismy na stacji Oji Koen zaczeło lać. Parasole ze sklepu “wszystko po 100 yenow” nie za bardzo się spisywały i notorycznie składały pod naporem wiatru. Przez te niesprzyjajace warunki najadlem sie strachu o mój nowy, kochany komputer. Dopiero wtedy podczas rozmowy zdaliśmy sobie sprawę, że był piątek trzynastego. Gdy w końcu wpakowałem się do mojego pokoju byłem szczęśliwy jak nigdy – to był bardzo długi dzień.

Mój nowy komputer :D



No i to by było na tyle z tej opowieści. Strasznie to długie wyszło. Pozdrawiam was wszystkich, dziękuję za komentarze! :) Moj mail – mójnick@nazwatejstrony.pl.

PS. Jeszcze tego samego wieczoru udało mi się zablokować system – po utworzeniu użytkownika wpisalem hasło w romaji. Jakież było moje zdziwienie przy następnym uruchomieniu, gdy okazało się, że przy wpisywaniu hasła nie da się zmienić rodzaju pisma i wszystko leci z klawiatury w domyślnym języku systemu – czyli japońskim. Wszelkie próby przeklejenia hasła, zmiany języka zdały sie na nic. Byłem już lekko poddenerwowany, ale przypomniałem sobie, że dla takich idiotów jak ja (którzy uważają, iż znają się na komputerach, ale już niekoniecznie japońskim windowsie) jest tryb awaryjny gdzie mamy dostęp do niezabezpieczonego konta administratora. Dobrze, że sobie o tym przypomnialem bo inaczej tego dnia położyłbym się spać bardzo zły :)

A tu jeszcze mały bonus – takie coś Łukasz znalazł w lobby…

Mi nie wolno :)


Pozostaw odpowiedź

Musisz być zalogowany, by móc komentować. Zaloguj się »

Wszystkie materiały znajdujące się na tej stronie objęte są prawami autorskimi.
Wykorzystywanie ich bez zgody i wiedzy autora jest zabronione.